Najpierw eksperyment. Wyobraź sobie, że zaczepiasz przypadkowe osoby w parku, w knajpie
czy na zakupach i zadajesz im jedno pytanie: jak się pan/pani teraz czuje? Zapisujesz poziom nastroju osób krążących samotnie, tych z rodziną – mężem, żoną, dziećmi, i tych, którzy są w towarzystwie
przyjaciół. Jak sądzisz, która z tych grup będzie mieć najlepszy humor? Tak, zgadłeś, przebywający z przyjaciółmi! Takie właśnie doświadczenie przeprowadził psycholog prof. Reed W. Larson. Okazuje się, że jedna z największych korzyści z posiadania przyjaciół to dobry nastrój, w który nas wprowadzają. Pewnie dlatego, że zwykle robimy z nimi przyjemne rzeczy i dzielimy zainteresowania. Ale też ważne jest, że dają nam wsparcie, również niewerbalnie. Są z nami, bo po prostu chcą, dla
nas samych. „Przyjaźń jest jedną ze składowych dobrostanu człowieka. Zaspokaja potrzeby szacunku, miłości czy bliskości” – wylicza zalety tego typu związków dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Skąd się przyjaźń w ogóle wzięła? Po co jest człowiekowi, skoro nie wiąże się z przedłużaniem gatunku? „Mężczyźni szukali koalicjantów w dążeniu do władzy, do celu, do ataku bądź obrony. Kobiety zaś potrzebowały przyjaźni do budowania i utrzymania wspólnoty” – tłumaczy dr Kulbat. Tym też można tłumaczyć nieco inną formę przyjaźni damsko -damskich i męsko -męskich. Te
pierwsze opierają się w większym stopniu na rozmowie, zwierzaniu się, te drugie – na wspólnym działaniu. Jak to ujął psycholog Paul Wrigh: kobiety przyjaźnią się częściej „twarzą w twarz”, mężczyźni zaś – „ramię w ramię”.

Ten nieco inny wzorzec przyjaźni między kobietami a mężczyznami może tłumaczyć też niewielki odsetek przyjaźni międzypłciowych. Jak wynika z badań, stanowią co najwyżej 10 proc. relacji przyjacielskich w danej społeczności. Zważywszy wszystkie trudności (na przykład kulturowe, niepozwalające na zbytnią zażyłość kobiet i mężczyzn poza małżeństwem) i pokusy (natury erotycznej, która może zamienić przyjaźń w namiętność), to i tak sporo, prawda? I tylko świadczy o sile takich związków.

Przyjaźń wydaje się bardziej stała niż namiętna miłość, która zwykle jest nieprzewidywalna (przynajmniej dla samych zainteresowanych), zaborcza, zazdrosna. Przyjaźń pozwala łatwiej znosić zarówno życiowe trzęsienia ziemi, jak i trudności codziennego życia, także te związane np. z małżeństwem. „Nic dziwnego, że w toksycznych związkach damsko-męskich często jedna strona dąży do odcięcia tej drugiej od przyjaciół” – mówi Lucyna Wieczorek, trenerka umiejętności interpersonalnych rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne i współzałożycielka Dojrzewalni Róż.

„Przyjaźń nie żąda wyłączności, nie liczy też czasu, który minął od ostatniego spotkania” – podkreśla. Innymi słowy – przyjaźń to samo dobro! Czysty zysk! Na pozór sprawa jest prosta: przyjaciele to ludzie, których lubimy, którym wierzymy i których towarzystwo nas satysfakcjonuje. Tak przynajmniej brzmi definicja stworzona przez wybitnego angielskiego psychologa społecznego Michaela Argyle’a. Dotyczy nieco pojemniejszego angielskiego „friend”, a nie polskiego „przyjaciela”. Ten lekki terminologiczny rozdźwięk nie oznacza, że ludzie inaczej przyjaźnią się w Anglii, inaczej w Polsce, Meksyku czy Arabii Saudyjskiej. W każdej kulturze i każdych czasach istnieje bowiem ten „prawdziwy” przyjaciel, friend, amigo, sadik. Bliski, godny zaufania.
Niekoniecznie jedyny, ale z pewnością odgrywający w naszym życiu wyjątkową rolę. Nie jest łatwo zbudować przyjaźń, a potem dbać o nią, by nie uschła. Tym bardziej że przyjaźni towarzyszą utrwalone w kulturze mity, które utrudniają budowanie relacji.


 

MIT 1. OD PRZYJACIELA MOŻNA ZAŻĄDAĆ WSZYSTKIEGO

Paulina znała Agnieszkę z poznańskiego liceum, ale zaprzyjaźniły się dopiero na studiach. „Okazało się, że świetnie się rozumiemy. Tym bardziej że obie w tamtym czasie potrzebowałyśmy wsparcia” – wspomina Paulina Ona, bo próbowała się wyrwać z ramion nadopiekuńczej matki i zaborczego chłopaka. Agnieszka, bo była praktycznie bez rodziny – jej rodzice wyjechali za granicę, mieszkała u wujków, zaszła w ciążę z jakimś przypadkowym mężczyzną. Rozmawiały codziennie, rozumiały, co
druga ma na myśli, czuły, że bez siebie nawzajem będzie im w życiu dużo trudniej. „Byłyśmy jak siostry” – mówi Paulina.

Gdy zerwała w końcu z zaborczym chłopakiem, zakochała się w innym i postanowiła wyprowadzić się
z domu, Agnieszka ją wspierała. „Tyle że po dwóch tygodniach wprowadziła się ze swoim  półtorarocznym synem do wynajmowanego przez nas mieszkania. Nie umiałam odmówić, w końcu miała ciężej niż ja, czułam się za nią odpowiedzialna. Zresztą to miało być tylko na kilka dni”
– wspomina Paulina. Kilka dni przedłużyło się do kilku miesięcy. Paulina oddała jej jeden z dwóch pokoi, często opiekowała się synkiem Agnieszki, zrezygnowała z robienia u siebie imprez (bo mały śpi lub jest chory), nie mówiąc o przekonywaniu swojego chłopaka, że na razie innego wyjścia nie ma. „Sytuacja nie służyła mojemu związkowi, ale widzę to dopiero teraz, po latach” – mówi Paulina.