Chociaż rok 1983 przyniósł największe od dwudziestu lat pogorszenie stosunków między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi, 11 listopada wydawał się dniem stosunkowo spokojnym, wręcz dającym nadzieję na rychłe odprężenie. Co prawda prezydent Ronald Reagan podczas wizyty w Seulu ostro skrytykował władze Korei Pólnocnej, ale fakt, że powściągnął zwyczajowe ataki na radzieckich przywódców, został uznany za wymowny. Europa przygotowywała się do konferencji rozbrojeniowej w Genewie, a rozmowy zachodnioniemieckich i radzieckich dyplomatów zakończyły się komunikatem o zbliżeniu stanowisk. Na Starym Kontynencie i w Ameryce trwały obchody 65. rocznicy zakończenia I wojny światowej.

Ale pozory mylą. Nikt – oprócz wojskowych – nie wiedział, że tego dnia wojska Układu Warszawskiego i radzieckie siły strategiczne zostały postawione w stan najwyższej gotowości. Jak wynika z odtajnionych niedawno materiałów CIA, zatankowane bombowce z ładunkami jądrowymi czekały na sygnał do startu. Atomowe łodzie podwodne wypłynęły z macierzystych portów i przyczaiły się w lodach Arktyki w oczekiwaniu na sygnał do odpalenia pocisków balistycznych. Głęboko pod ziemią, w zapasowych stanowiskach dowodzenia, uruchomiono generatory prądu i włączono filtry powietrza chroniące przed opadem radioaktywnym.

Losy wojny rozstrzygnąć miały międzykontynentalne rakiety, ukryte w betonowych silosach. Pułkownik Wiktor Tkaczenko, dowódca jednej z takich baz, wspominał po latach: „Gdy wieczorem dotarliśmy do stanowiska dowodzenia, czekały na nas specjalne rozkazy. Polecono nam natychmiast podnieść gotowość bojową. Sytuacja musiała być rzeczywiście poważna, bo przydzielono nam dodatkowego oficera, którego zadaniem było zapewnienie niezakłóconej łączności z centralą”. Gdy setki milionów ludzi kładły się spokojnie spać, świat stał na krawędzi wojny.