To najczęściej używany termin psychologiczny w codziennych rozmowach. Mówimy o stresującej pracy i szkole, narzekamy na stresujące nas korki i obawiamy się, że stres może pogorszyć nasze zdrowie. Trudno byłoby nam porozumiewać się, nie używając tego słowa. A jednak zaledwie sto lat temu pojęcie stresu znane było wyłącznie w metalurgii. Po raz pierwszy w kontekście psychofizjologii zastosował je wybitny amerykański fizjolog Walter Cannon w 1914 roku, a spopularyzował dużo później, bo w latach 50. XX wieku, Hans Selye, powszechnie – choć błędnie – uznawany za odkrywcę zjawiska stresu.

Co rzeczywiście kryje się za tym słowem? Cóż, jeśli zapytacie znajomych o definicję stresu, prawdopodobnie usłyszycie ich tyle, ile osób będzie udzielało odpowiedzi. Co ciekawe, nawet wśród naukowców nie ma pełnej zgody co do tego, czym rzeczywiście jest stres. Jeśli mamy tak duży problem z określeniem jego istoty, nic dziwnego, że towarzyszy mu wiele mitów i nieporozumień. 

1. Stres to obronna reakcja organizmu

Nieprawda. Hans Selye, twórca najbardziej popularnej koncepcji stresu, zdefiniował go jako „niespecyficzną reakcję organizmu na stawiane przed nim wymagania”. Całą sprawę jeszcze bardziej skomplikował, wprowadzając pojęcie eustresu (pozytywnego – np. radość ze spotkania kogoś lubianego) i dystresu (negatywnego – np. przestrach wywołany klaksonem samochodu). Na dodatek twierdził, że pewna ilość stresu jest niezbędna do życia.

Co prawda przez pewien czas wierzono, że istnieje specyficzny stan fizjologiczny organizmu, który można zdefiniować jako stres, szybko jednak przekonano się, że poszczególne reakcje: strachu, lęku, agresji itp. charakteryzuje specyficzny „podpis hormonalny”. Mówimy zatem o wielu różnych reakcjach emocjonalnych, wrzucając je do worka z napisem „stres”. Takie uproszczenie jest nie tylko zbędne, ale i szkodliwe (o czym świadczy chociażby mit nr 3).

2. Można zmierzyć poziom stresu

Niestety, nie ma obiektywnych wskaźników poziomu stresu, jakiego doświadczamy. To, co dla jednych jest ogromnie stresujące, inni uważają za wydarzenie powszednie. Dla jednego człowieka rozwód może być ciężkim doświadczeniem, innemu przynosi uczucie wyzwolenia. Podobnie śmierć bliskiego członka rodziny bywa wydarzeniem traumatycznym (szczególnie jeśli ów zginął nagle, w wypadku, na naszych oczach), ale może przynieść ulgę, jeśli kończy cierpienia terminalnie chorego. Ponieważ naukowcy wciąż napotykają problemy w mierzeniu poziomu stresu, zadowalają się najczęściej deklaracjami osób badanych, które same oceniają, jak bardzo stresujące jest ich życie.

3. Stres jest szkodliwy dla zdrowia

Nie jest. Zespół kierowany przez dr Abiolę Keller z University of Wisconsin przez osiem lat śledził życie 30 tys. dorosłych w USA. Naukowcy zaczęli od pytania: „Ile stresu doświadczyłeś w ciągu ostatniego roku?”. Zapytali też: „Czy uważasz, że stres szkodzi twojemu zdrowiu?”. Potem posłużono się danymi o zgonach, żeby sprawdzić, kto z badanych umarł. U osób, które doświadczały wiele stresu, prawdopodobieństwo śmierci było wyższe aż o 43 proc.,ale dotyczyło to tylko tych, którzy jednocześnie wierzyli, że stres im szkodzi! Osoby, które doświadczały wiele stresu, ale nie uważały go za szkodliwy, nie żyły krócej. Mało tego, ryzyko zgonu było u nich najniższe ze wszystkich badanych – mniejsze nawet niż u osób, które niewiele się stresowały!

Naukowcy oszacowali, że przez osiem lat, podczas których prowadzono badania, 182 tys. Amerykanów umarło przedwcześnie – nie ze stresu, ale z powodu przekonania, że stres jest szkodliwy. To ponad 20 tys. zgonów rocznie. Wiara w szkodliwość stresu była na 15. miejscu najczęstszych przyczyn zgonu w USA, wyprzedzając raka skóry, HIV, AIDS i zabójstwa. Wiemy zatem, że wiara w stres zabija – prawdopodobnie na zasadzie efektu nocebo. A co z powszechnym przekonaniem, że stres wywołuje choroby? Jednym z najbardziej szkodliwych mitów jest przekonanie, że stres może powodować raka oraz że umiejętność radzenia sobie ze stresem może sprzyjać wyzdrowieniu. Zwolennicy tego poglądu to najczęściej ludzie oferujący osobom terminalnie chorym swoje usługi za pieniądze. Powołują się na kilka starych, złych metodologicznie i dotychczas niepotwierdzonych danych, stwarzając pozory naukowości. W rzeczywistości, z wyjątkiem dwóch badań dotyczących raka okrężnicy, setki innych analiz nie dostarczają dowodów na to, że stres może zwiększać ryzyko wystąpienia raka u ludzi. Co więcej, niektóre z nich pokazały, że wyższy poziom stresu mógł nawet zwiększać odporność na zachorowania.

Podobnie rozpowszechniony jest mit o związku stresu z chorobą wieńcową i zawałem jako jego konsekwencją. Rzeczywiście, stres może wywołać zawał serca, ale prawie wyłącznie u ludzi ze zmianami miażdżycowymi w naczyniach krwionośnych. Nie ma takich stresów, które wywoływałyby zawał serca u młodych kobiet (charakteryzuje je zupełnie inna niż u mężczyzn gospodarka hormonalna, lepiej chroniąca przed zmianami miażdżycowymi). Niezwykle niskie jest prawdopodobieństwo takiego wydarzenia w odniesieniu do młodych wysportowanych mężczyzn. Przekonanie, że stres wywołuje zawał serca, to przykład działania tzw. efektu dostępności. Łatwiej zapamiętujemy opowieść o tym, kiedy ktoś dostał zawału po tym, jak spotkał swojego syna uznanego za zaginionego, niż wówczas, kiedy atak serca nastąpił po wejściu na drugie piętro. W rzeczywistości zdarzenia inicjujące zawał serca są dość powszednie. Jednym z nich jest tak banalna codzienna czynność jak wypróżnianie się, a nawet oddawanie moczu.