Gdyby przy jednym stole  zasiadła 100-osobowa rodzina stanowiąca przekrój całej arabskiej społeczności, wśród zebranych byłoby 98 muzułmanów i 2 chrześcijan. Sprawiałaby więc wrażenie bardzo jednolitej. Ale postrzeganie islamu i Arabów jako monolitu jest błędem: „Dla wielu Europejczyków określenia »Arab« i »muzułmanin« to synonimy, tymczasem liczba muzułmanów sięga półtora miliarda, Arabów zaledwie 250–300 mln” – przypomina arabista prof. Marek Dziekan.

Nie są to też społeczności tak jednorodne, jak się zwykle uważa. Przy naszym stole wśród 100 gości znalazłoby się 87 sunnitów, 10 szyitów i co najmniej jeden kuzyn podejrzewany o herezję. Sunnici i szyici podzieliliby się na fundamentalistów, purytanów i liberałów. 30 żyłoby w krajach bogatych w ropę naftową, ale tylko czterech zarabiałoby miesięcznie tysiąc dolarów, a jeden ponad 10 tys. Za to aż 20 musiałoby przeżyć za mniej niż 2 dolary dziennie. 25 byłoby analfabetami, z pozostałych tylko 2 przeczytało jedną książkę (inną niż podręcznik szkolny i literatura religijna). 

Sytuacja skomplikowałaby się jeszcze bardziej, gdyby do stołu zaproszono reprezentację wszystkich ludów żyjących w granicach państw arabskich. Co szóste miejsce należałoby wówczas oddać Berberom – czyli tubylcom zamieszkującym północną Afrykę przed przybyciem Arabów, Kurdom, Asyryjczykom, Persom, Turkmenom i czarnym Afrykanom. Znaczna ich część nie znałaby nawet języka arabskiego! 

Jedną czwartą, może nawet jedną trzecią gości, stanowiłyby osoby o mieszanym pochodzeniu etnicznym: Arabo-Berberowie, Arabo-Egipcjanie, Arabo-Fenicjanie itp. 

Naród – słowo nieznane

Świat arabski, o czym też często się zapomina, obejmuje tereny, na których kwitły najstarsze cywilizacje: Mezopotamię, Egipt, Fenicję, Asyrię. Antyczne kultury upadły, lecz tworzące je ludy nie zniknęły. Przyjęły islam, część uległa arabizacji, jednak pewne poczucie odrębności zachowały. Jeśli dodać do tego wpływy mocarstw kolonialnych, które podzieliły między siebie ziemie ciągnące się od Maroka po Zatokę Perską, nietrudno zrozumieć, dlaczego nigdy nie udało się stworzyć jednego państwa obejmującego wszystkich Arabów.

Najbliższy osiągnięcia tego celu był prorok Mahomet, który zjednoczył pod sztandarami islamu większość plemion zamieszkujących praojczyznę Arabów – Półwysep Arabski. Jednak po jego śmierci natychmiast wybuchły konflikty o zwierzchnictwo nad wspólnotą religijnopolityczną. 

W VIII w., gdy Arabowie rozpoczęli politykę podbojów, ich państwo definitywnie podzieliło się na kalifaty i emiraty. Ambicje lokalnych władców i obojętność poddanych sprawiały, że o żadnej jedności nie było już mowy. 

Kilka stuleci później potęgę kalifów złamali Turcy, którzy opanowali niemal cały świat arabski. Też byli muzułmanami, a ponieważ zgodnie z  przesłaniem Mahometa najważniejszą wartością jest umma – wspólnota wszystkich wiernych, chociaż za Turkami nie przepadano, przeciwko współwyznawcom buntowano się rzadko. Także dziś ich panowania nie nazywa się okupacją czy zaborami. Byli obcy, mówili innymi językiem, lecz należeli do ummy. I głównie to się liczyło, gdyż takiego pojęcia jak naród wówczas nie znano. Codzienne życie Arabów toczyło się w obrębie rodziny, rodu i plemienia. Chłopi w zasadzie nie opuszczali wsi, rzemieślnicy i kupcy z miast rzadko zapuszczali się poza własne dzielnice. Wędrowali jedynie beduini – tym arabskim słowem oznaczającym „żyjących na pustyni” określano niezliczone plemiona koczowników, dla których nie miało znaczenia, kto rządzi w stolicy, bo i tak nikomu się nie podporządkowywali. Całkowicie kontrolowali morze piasku na Bliskim i Środkowym Wschodzie, gdzie nieliczne miasta stanowiły jedynie oazy. Saharą rządzili Berberowie. Bez ich zgody nie przeszła tamtędy żadna karawana, bez dostarczanego przez nich mięsa, nabiału, wełny, skór i soli ludność osiadła nie miała szans na przetrwanie. Do początku XX wieku to oni stanowili większość społeczności arabskiej i narzucali, obowiązujące do dziś, normy zachowań. W tym postawę wobec państwa, które było im całkowicie obojętne. 

Po wybuchu rewolucji w Libii zdumiony świat nagle dowiedział się, że zaledwie 6-milionowy kraj jest podzielony na ponad 120 plemion. Tak samo wygląda sytuacja w Iraku, Jemenie, na całym Półwyspie Arabskim i w znacznej części Maghrebu. Spis ludności przeprowadzony w 1852 r. jeszcze przez Turków wykazał, że tylko w niewielkiej Syrii beduini żyli w  120 tysiącach namiotów. W  każdym gnieździła się rodzina złożona przeciętnie z  10 osób, w  tym co najmniej dwóch uzbrojonych mężczyzn. 

Więzy krwi

Rozrastająca się rodzina przekształca się w ród. Stojący na jego czele ojciec lub najstarszy z braci jest dla wszystkich członków najwyższym autorytetem. Tradycja oraz nakazy religijne zobowiązują go do zapewnienia bliskim bezpieczeństwa i opieki, ale w zamian oddają absolutne prawo podejmowania najważniejszych decyzji.  

Podczas podróży wiele razy widziałem, jak rankiem dzieci stają pokornie przed ojcem, by przed wyjściem do szkoły czy pracy wysłuchać jego rozkazów. Wpajany od najmłodszych lat szacunek i nakaz posłuszeństwa stają się trwałymi cechami charakteru Araba. Prezydent czy król może mówić co chce, dla przeciętnego człowieka najważniejsze i tak pozostanie zdanie głowy rodu. Jeśli poprze władcę, członkowie rodziny zrobią to samo; jeśli nie – będą się buntować.