Dr Bruce Banner jest na co dzień nieśmiałym, wycofanym fizykiem, pochłoniętym badaniami nad promieniowaniem gamma. W tłumie nie zwrócilibyśmy na niego uwagi, ot – przeciętny, przestrzegający prawa i konwenansów obywatel. To jednak tylko pozory, bo dr Banner, podobnie jak wielu z nas, tłumi w sobie potężne pokłady złości. Rozmaite są jej powody: jednym z nas uprzykrzają  życie niekompetentni szefowie, inni stracili pracę i płynność kredytową z powodu kryzysu, a jeszcze inni od nadmiaru godzin spędzonych na oglądaniu telewizji informacyjnych pałają dziką nienawiścią do muzułmanów, gejów, księży albo polityków.

Choć każdy z nas podpisałby się przynajmniej pod jednym z tych przypadków, to w większości pokornie przeżywamy narastający gniew i frustrację. Dr Banner nie ma jednak takich zahamowań i pozwala sobie na oczyszczający wybuch niekontrolowanej złości. W jego przypadku oznacza to metamorfozę z nieśmiałego mola książkowego w przerośniętego zielonego potwora o nadnaturalnej sile. Uczony szczególną niechęcią pała do wojskowych, dlatego gdy zzielenieje ze złości, z dzikim rykiem rzuca się na czołgi, miotając nimi jak zabawkami i demolując przy okazji połowę miasta.

 

Siła tabu

Oczywiście dr Bruce Banner nie istnieje naprawdę. Jest wytworem wyobraźni twórców komiksowej serii o przygodach Hulka, mutanta, w którego potulny uczony zmienia się w przypływie niekontrolowanego gniewu. Absurdalna z pozoru historia cieszy się niesłabnącą popularnością od lat 60. Hulk doczekał się też kilku ekranizacji, zastępując w masowej wyobraźni XIX-wieczną opowieść Roberta Louisa Stevensona o kulturalnym dr Jekyllu zmieniającym się pod wpływem medycznych eksperymentów w prymitywnego brutala o nazwisku Hyde.

Z opowieściami o dwoistości ludzkiej natury utożsamiają się kolejne pokolenia – przecież nam, porządnym obywatelom, powodów do złości nigdy nie brakuje. Z jej wyładowaniem jest już jednak gorzej, bo zgodnie z obowiązującymi normami ktoś, kto czuje złość, dla większości z nas jest po prostu zły, czyli moralnie co najmniej podejrzany. Okazywanie złości stało się takim tabu, jakim w drugiej połowie XIX wieku było odczuwanie i publiczne okazywanie pożądania.

Zdaniem wielu socjologów tamto mieszczańskie tabu utorowało drogę totalitaryzmom pierwszej połowy XX wieku, która upłynęła pod znakiem zbrodni popełnianych przez reżimy nazistowskie i stalinowskie przy udziale tzw. porządnych obywateli.

Był wśród nich Walter Mattner, uprzejmy wiedeński policjant, który 5 października 1943 roku tak pisał do swojej żony:  „gdy przyjechał pierwszy samochód, podczas strzelania drżała mi nieco ręka, ale można się do tego przyzwyczaić. Gdy przyjechała dziesiąta ciężarówka, celowałem już spokojnie i strzelałem pewnie do tych wielu kobiet, dzieci i niemowląt, pamiętając o tym, że mam w domu także dwoje. (...) Niemowlęta leciały wielkim łukiem w powietrzu, a my strzelaliśmy do nich w locie, zanim spadły do dołu lub w wodę”.  Mattner był jednym z setek tysięcy niemieckich żołnierzy, którzy dokonywali rzezi na ludności żydowskiej i beznamiętnie relacjonowali szczegóły swoich zbrodni w listach do rodzin.

Czytając o tych okropieństwach, zastanawiamy się, jak nieludzkimi bestiami musieli być niemieccy żołnierze. A przecież sprawcami tych masowych mordów stawali się zwykli ludzie: spokojni ojcowie rodzin, ciężko pracujący na ich utrzymanie, Jekyll i Banner zmieniający się w jednej chwili w brutali Hyde’a i Hulka. W tym wypadku obserwacje pisarzy potwierdzają badania psychologów. W latach 70. XX wieku psycholog Molly Harrower przeanalizowała zgromadzony po wojnie bogaty materiał dotyczący psychiki oskarżonych w Norymberdze zbrodniarzy wojennych, m.in. testy osobowości, testy inteligencji, wyniki obserwacji psychiatrycznych. Eksperci, których poprosiła o analizę tych materiałów, nie byli świadomi tożsamości pacjentów. Orzekli, że mają do czynienia z  obrońcami praw człowieka  lub  osobami niezwykle inteligentnymi, pełnymi energii i fantazji. Zbrodniarze byli nie do odróżnienia od zwykłych ludzi! Nie trzeba zresztą wcale sięgać po tak stare przykłady. Pamiętajmy, że to zwykli obywatele dokonywali zbrodni wojennych w Jugosławii, Rwandzie i dokonują ich ciągle w Syrii, wyładowując w sprzyjających wojennych okolicznościach tłumioną latami złość i frustrację.

Wielu psychologów dostrzega niebezpieczeństwo z powodu tabu, jakim we współczesnym świecie stało się okazywanie złości. „Współczesna cywilizacja złość wypiera. Odmawiamy jej prawa do istnienia” – mówił „Focusowi”  dr Stephen Diamond, psycholog sądowy.  „Złość to jedna z najtrudniejszych emocji i jesteśmy z nią pozostawieni sami sobie, bez wsparcia”. W tym kulturowym mechanizmie wypierania złości Diamond widzi korzenie takich zbrodni jak ataki terrorystyczne.

Anders Breivik, który w 2011 roku w Oslo i na wyspie Utøya zabił 77 osób, był spokojnym Norwegiem, wychowanym w jednym z najbardziej liberalnych i tolerancyjnych społeczeństw świata. Ta otwartość szczególnie go irytowała. Dorastał z tą złością i ją pielęgnował, będąc na co dzień przykładnym obywatelem. Mimo doświadczeń historycznych wolimy uznać Andersa Breivika za odosobniony przypadek szaleńca, który wystąpił przeciwko fundamentom zachodniej cywilizacji, niż przyznać, że w każdym z nas mogą się czaić zbrodnicze instynkty. Breivik nie był ani pierwszym, ani ostatnim spokojnym obywatelem, który uwolnił ukrytą w nim bestię. Ted Kaczynski, genialny amerykański matematyk, pod pseudonimem Unabomber rozsyłający bomby pocztą, i Timothy McVeigh, który zabił 168 osób, wysadzając w powietrze budynek w Oklahoma City, to byli ludzie, którzy inspirowali Breivika. On sam stał się już wzorem do naśladowania w Finlandii, Czechach i USA, a nawet w Polsce. Brunon K., wykładowca akademicki z Krakowa, też wydawał się spokojnym, przestrzegającym prawa człowiekiem, dopóki nie okazało się, że planował zamach na Sejm.