Gdyby twórcy przedwojennego kina znali tę tajemnicę polskiego wojska, z pewnością nakręciliby o niej sensacyjny film. Samochody krążące po ulicach wielkiej metropolii, rozpylające bakterie za pomocą specjalnej aparatury, zabójstwa radzieckich szpiegów dokonywane w komorach ciśnieniowych bronią biologiczną, otrucia jadem kiełbasianym – to wszystko działo się naprawdę. Rzecz w tym, że była to jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic II RP. Taki film po prostu nie mógł powstać...

Przez dwa lata w pocie czoła Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego układało scenariusz wielkiego przedstawienia. Przed sądem mieli stanąć wysocy urzędnicy z czasów II RP, kierownictwo Oddziału II Sztabu Głównego (czyli wywiadu) oraz uczeni, którzy pracowali nad polską bronią biologiczną. W akcie oskarżenia zarzucano im: „przygotowania wraz z międzynarodowym imperializmem zbrodni przeciw ludzkości, w powiązaniu z wojną bakteriologiczną i toksykologiczną”, a zamierzano udowodnić: „antynarodowy i antyradziecki charakter reżimu sanacyjnego”. W połowie maja 1953 r. ambasador sowiecki w Polsce Arkadij Sobolew przekazał Bolesławowi Bierutowi krótką depeszę. Rada Ministrów ZSRR poinformowała przywódcę PRL, że: „uważa za celowe wstrzymanie się w chwili obecnej od przeprowadzenia wspomnianego procesu”. Rozkaz z Kremla ocalił twórców polskiej broni biologicznej przed szubienicą i kompletnie zaskoczył władze PRL.

WBREW KONWENCJI GENEWSKIEJ

Pierwsi broń biologiczną zastosowali Niemcy w 1916 r., rozprzestrzeniając przy pomocy szpiegów na froncie zachodnim tzw. pałeczki nosacizny, które miały wywołać pomór wśród koni aliantów. Liczono, że epidemia sparaliżuje transport wroga. Sukcesu nie odniesiono, a dalsze badania przerwała klęska Niemiec. Państwa zachodnie zlekceważyły wówczas pomysł zastosowania mikrobów na polu walki, idea ta zachwyciła natomiast bolszewików. „Wielkie epidemie tyfusu w latach 1918–1921 w Rosji wywarły ogromne wrażenie na dowódcach Armii Czerwonej” – zanotował we wspomnieniach jeden z twórców sowieckiej broni biologicznej Ken Alibek. Umierało aż 40 proc. zarażonych.

Alarm, że coś niepokojącego dzieje się w ZSRR, po raz pierwszy ogłosił polski wywiad w 1925 r. Zdobyto informację, iż Sowieci prowadzą eksperymenty z mikrobami. Od tego momentu polscy dyplomaci zaczęli zabiegać na forum Ligi Narodów, aby kwestię zakazu używania broni biologicznej włączyć do rokowań rozbrojeniowych, które toczyły się w Genewie. Tak też się stało i 17 czerwca 1925 r. aż 108 państw, w tym ZSRR, podpisało konwencję o zakazie rozprzestrzeniania i stosowania broni chemicznej oraz biologicznej. Konwencja weszła w życie, a mimo to w Związku Radzieckim pod koniec lat 20. Rada Wojskowo-Rewolucyjna wydała dekret o „Kompleksowym programie opracowania broni zawierającej zarazki”. Pierwszą instytucją zajmującą się badaniami nad taką bronią była Akademia Wojskowa w Leningradzie. Ośrodek badawczy założono na Wyspach Sołowieckich.

Latem 1942 r. samoloty Armii Czerwonej rozpyliły zarazki tularemii nad jednostkami armii III Rzeszy nacierającymi na Stalingrad. Epidemia, jaka wówczas wybuchła, spowolniła ofensywę, lecz – jak opisuje współtwórca programu badawczego nad radziecką bronią biologiczną Ken Alibek – po kilku tygodniach bakteria przeniosła się na stronę radziecką, powodując tam jeszcze większe straty. Dlatego Rosjanie wstrzymali się z jej dalszym stosowaniem. 

Tymczasem polskie służby wywiadowcze zaczęły z wielką uwagą śledzić wszelkie przypadki zatruć w jednostkach wojskowych. Odnotowano, że w garnizonach corocznie występowały masowe zachorowania, wywołane zarazkami salmonelli. Pojawiły się od razu podejrzenia, że to nie przypadek, lecz działania wywiadów niemieckiego lub sowieckiego, testujących możliwości osłabienia armii Rzeczypospolitej. Z inicjatywy Oddziału II Sztabu Głównego powstało wówczas w Warszawie w Instytucie Przeciwgazowym przy ul. Ludnej 11 tajne laboratorium, zajmujące się badaniem działania toksyn wytwarzanych przez bakterie. Początkowo prowadzono je pod kierunkiem lekarza biologa Alfonsa Ostrowskiego.