Pytanie jest krótkie. - Ile masz? - Trzysta. - A ty? - Trzysta pięćdziesiąt. - Ty? - Dwieście... - Wy dwie do samochodu, wracacie do domu. Ty zo­stajesz. Dorobisz jeszcze stówkę. Bez niej nie masz co się pokazywać.

Tak mniej więcej wyglądają codzienne rozmowy jednego z sutenerów z „jego dziew­czynami” prowadzone na wybetonowanym po­boczu drogi prowadzącej z Warszawy nad Zalew Zegrzyński. To tutaj codziennie, niezależnie od pory roku i pogody, sutenerzy wysadzają dziewczyny, które aż do zmroku trudnią się przydrożną prostytucją. To głów­nie Bułgarki albo Polki, które z kolei mają bułgarskich „opiekunów”. Są bezkonkurencyjne, bo najtańsze. Często pracują tylko za jedzenie i dach nad głową. Cały zarobek oddają sutenerom. To nie one tu mają zarobić - to na nich się zarabia.

DO WIECZORA MASZ ZAROBIĆ DWIEŚCIE

Iwanka miała 17 lat. Bawiła się na dyskotece w Burgas. Byli znajomi, drinki, a później czarna dziura. Nie pamięta, jak trafiła do Polski - przyjechała czy przyleciała, czym i jak? Ocknęła się w małym hotelu gdzieś pod Warszawą. Naga. Ra­zem z nią było trzech mężczyzn. Sami krajanie. Próbowała pytać, o co chodzi, później płakała, prosiła. Na nic. Zgwałcili ją po kolei, cały czas robili zdjęcia. Kazali iść do łazienki i się ogarnąć, bo „praca czeka”. Po jakimś czasie do pokoju wszedł kolejny mężczyzna. Christo. Chwilę targował się z pozosta­łymi. Widziała, że rozmowa była nerwowa, bo tamci mieli przywieźć cztery dziewczyny, a przywieźli tylko ją. Ale jakoś się dogadali. Christo obejrzał ją. - Nada się. Rzucił reklamów­kę z ciuchami. - Ubieraj się.

Była tylko cienka bluzeczka z dekoltem, niby-skórzana kurtka, rajstopy i spódnica. Żadnej bielizny. Kiedy skończyła, popchnął ją do drzwi, rzucając pozostałym: Trzy. Za tydzień.

Bez słowa wsadził ją do samochodu. Po kilku kilometrach kazał wysiąść. W środku niczego - tylko las, małe piaskowe pobocze i droga między drzewa z czymś, co kiedyś było szla­banem. - Zimno - próbowała skarżyć się Iwanka. - Zaraz się rozgrzejesz - warknął Christo. - Do wieczora dwieście. Na do­bry początek. I morda w kubeł. Bo rodzina dostanie kopertę z ciekawymi fotkami.

Stała i pracowała. Od rana do zmroku. Ale zarabiała słabo, bo się „nie przykładała”, nie wyrabiała normy, chociaż często zostawiali ją „po godzinach”. Christo bił, ale nie pomagało. Zdecydował, że przeniosą ją na stancję. Może tam się lepiej sprawdzi, bo przynosi same straty. Tutaj już nie było wyjścia - klient przychodził sam, to trzeba było robić, co kazali. Czasami 7-8 dziennie. Przez cztery lata.

Raja miała 16 lat, kiedy w jej domu w Płowdiw zjawił się wuj. Zamknęli się z matką w pokoju i coś radzili. Kiedy skończyli, wuj powiedział, żeby się spakowała, bo jutro pojedzie pracować do Polski. Załatwił jej pracę - legalną, na bazarze, na stoisku z ubraniami. Dobrze płatna. Pomoże matce, bo ta ma na głowie siódemkę dzieci, na które pracuje sama. Wuj już nie może poma­gać, bo chory. Raja posłuchała. Jechali długo, a tuż za polską granicą wuj powiedział, że te­raz ma się przesiąść do innego samochodu.

Pokazał granatowy wóz, w którym siedziało dwóch mężczyzn. Oni zawiozą ją do Warszawy i na ten bazar, na którym ma pracować. Ufna dziewczyna zrobiła, co wuj kazał. I trafiła na ten sam „bazar”, na którym kiedyś sprzedano Iwankę i pewnie setki innych dziewczyn. Ją także wstępnie „przygotowano” do zawodu.

Jej „opiekun” miał na imię Stojan.