„Nigdy nie miałem dość. Ekstaza była bezmyślna i zupełna – poza tym nie potrzebowałem niczego ani nikogo, aby dopełnić przyjemności. W tej pustce rozpływały się wszystkie motywy, cele, zainteresowania, pragnienia”. Szybko się wyniszczał, przyjaciele nie wierzyli, że dożyje 35. urodzin. Gdy pojawiła się oferta z Albert Einstein College of Medicine w Nowym Jorku, nie wahał się, licząc, że dzięki sensownej pracy stanie na nogi.

Już wcześniej pracował naukowo, ale bez sukcesów. Zbagatelizował jednak to ostrzeżenie. Nie nadawał się na badacza: gubił notatki, niszczył sprzęt i preparaty. Sfrustrowany nie-powodzeniami ćpał więc coraz bardziej. „Czułem, że u źródeł mojego uzależnienia i autodestrukcji znajdują się głębokie problemy psychiczne i że jeśli nie zajmę się nimi, będę wracał do narkotyków i wykończę sam siebie” – wspominał po latach. Znalazł psychoanalityka, z którym spotykał się dwa razy w tygodniu przez kolejne 50 lat. Wrócił do pracy klinicznej i uzmysłowił sobie, że sens jego życiu nadają kontakty z pacjentami. Ostatni haj w 1967 roku dał mu wizję przyszłej pracy neurologicznej i utrwalania jej efektów w książkach.

Wyczerpany limit szczęścia

Ze swoją seksualnością pogodził się dopiero pod koniec życia,  gdy dowiedział się, że ma nowotwór. I choć przez 35 lat żył w celibacie, po diagnozie wreszcie stworzył stały związek.

Choć lekarze zapewniali, że czerniak jest uleczalny i rzadko daje przerzuty, Sacks znalazł się niestety w gronie dwóch procent pechowców. I choć poddał się operacji, w której wyniku stracił wzrok w jednym oku, po dziewięciu latach odkryto, że ma przerzuty i stoi w obliczu śmierci. Wtedy pięknie rozliczył się z życiem. „Mój mistrz w sztuce życia, filozof David Hume, pisał w swojej autobiografii »My own life« (1776 rok) o ostatnich dniach swego życia, że mimo słabnącego ciała nie odczuwa osłabienia ducha i umysłu, nie ubywa mu żarliwości w dociekaniach naukowych ani wesołości w dobrej kompanii. Też tak się czuję” – napisał Sacks w pożegnalnym eseju w „The New York Times”. „W czasie, który mi pozostaje, chcę pogłębić moje przyjaźnie, pożegnać się z tymi, których kocham, jeszcze więcej pisać i podróżować, jeśli będę miał siły. Nie mam teraz czasu na nic zbędnego. Muszę się skupić na sobie, pracy i znajomych. Już nie będę oglądać nocnych wiadomości TV. Nie będę zwracał uwagi na politykę czy spory w sprawie globalnego ocieplenia. To nie obojętność, wciąż głęboko przejmuję się Bliskim Wschodem, globalnym ociepleniem czy rosnącymi nierównościami, ale to już nie moja sprawa; to należy do przyszłości. Nie mogę udawać, że nie czuję strachu. Jednak moim dominującym uczuciem jest wdzięczność. Kochałem i byłem kochany. Wiele otrzymałem i sam wiele dałem. Przede wszystkim byłem czującą istotą, myślącym zwierzęciem na tej pięknej planecie, i to samo w sobie było ogromnym przywilejem i przygodą”.

Odszedł 30 sierpnia 2015 roku w swoim domu w Greenwich Village w wieku 82 lat. Pozostawił fundację własnego imienia i kilka nieukończonych książek. Ostatnie dni spędził, oddając się pisaniu, grze na pianinie, pływaniu i jedzeniu wędzonego łososia.