Z rodzinnych Lasek Małgorzata nigdzie nie wyjeżdżała, ale dzieciństwo wspomina z przyjemnością. I chociaż w wiosce był tylko jeden telewizor (u sołtysa), a jak pogniły ziemniaki, to w kółko jedli smażoną cebulę, byli szczęśliwi. Mama zawsze uśmiechnięta wieczorami grała na gitarze, dzieci miały dużo wolności i codziennie nową książkę z biblioteki. Małgosia wzrastała też na romantycznej historii babci, którą zamiast bajek opowiadano jej na dobranoc. Dziadek partyzant (był jak Rambo) został zesłany na 25 lat ciężkich robót w głąb ZSRR. Z babcią byli rok po ślubie, mieli ośmiomiesięczne dziecko. „Nigdy nie wrócę, zacznij nowe życie!” - rzucił, wychodząc z sali sądowej. Pół roku później ona została zesłana na Syberię, zamieszkała w wiosce Mokrusza i zatrudniła się w szpitalu. Ze stratą męża nie mogła się pogodzić, wszak małżeństwo to święta rzecz. Czekali na siebie pięć lat. On w więzieniu w Kazachstanie, ona na zsyłce na Syberii. Po śmierci Stalina odwiedziła go w więzieniu. Pół roku później puścili go na wolność. Przeżyli razem ponad 50 lat.

Małgorzacie zamarzyła się podróż śladem babci do wioski, której nie ma na żadnej mapie. Bez znajomości rosyjskiego i z mglistymi wskazówkami (dwa tygodnie w pociągu i trzy dni na koniu) jakimś cudem odnalazła Mokruszę i przyjaciółkę babci z dawnych lat. Przez dwa dni piły samogon. Swoje „blondynkowe” przygody oraz historię miłości i wojny opisała na blogu i w książce „Zielona sukienka”, którą we wrześniu wyda Znak. Za prezentację tej podróży dwukrotnie zdobyła nagrodę publiczności podczas Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły.

Bez mapy i telefonu

Drobna, wiecznie uśmiechnięta blondynka. Energetyczna, z lekko ochrypniętym głosem. Nie da się jej nie lubić, wszędzie jej pełno. Wydawało się, że aktorstwo to dla niej wymarzony zawód. Ale po roku na wydziale lalek wrocławskiej PWST była bardzo rozczarowana, gdy okazało się, że to rzemieślnicza praca. Jej marzyło się coś szalonego. Weźmie więc urlop dziekański, pojedzie na Jamajkę, będzie podawać drinki i tańczyć. Ale uprzytomniła sobie, że angielski zna kiepsko, więc wylądowała w Nowym Jorku jako niania (dzieci są bezlitosnymi nauczycielami i wytkną każdy błąd). Wytrzymała pół roku i uciekła do Indii. Tam dopadł ją szok kulturowy, na dwa tygodnie schowała się w aśramie. Pokochała jednak ten szalony kraj i wracała do Indii jeszcze kilka razy. Podczas odwiedzin znajomego w Chinach chciała zrobić sobie wycieczkę do parku i wrócić wieczorem, ale zgubiła się na prawie trzy tygodnie. Brudna i zmęczona, bez telefonu, mapy i przewodnika błąkała się po dworcach i pociągach tysiące kilometrów od Pekinu. W kraju, gdzie prawie nikt nie zna angielskiego, nie mogła kupić właściwego biletu.

I choć niczego nie zwiedziła, spędziła mnóstwo czasu z Chińczykami i dziś tego nie żałuje. Podobnie było, gdy zgubiła paszport w Wietnamie i gdy błąkała się po Syberii - za każdym razem upewniała się, że podróże to najlepsza szkoła życia, a najwięcej można się nauczyć, jeżdżąc samemu.

Gdy była już zmęczona Azją, postanowiła ruszyć do Ameryki Południowej. Ale wtedy przyszła Yolanda. Największy zarejestrowany tajfun w historii w listopadzie 2013 roku uderzył w Filipiny. Olbrzymie masy wody z impetem wdarły się na ląd, ciskane przez wiatr wiejący w porywach do 314 km/godz. Fale sięgały szóstego piętra. Tajfun poczynił straszliwe spustoszenia, miasto Tacloban zostało zniszczone w 80 proc. Zginęło ponad 10 tys. osób, tysiące uznano za zaginione. Brakowało wody pitnej, żywności, leków i namiotów, wybuchła panika. Z powodu zniszczonych dróg, mostów i lotnisk pomocy nie mogły dostarczyć organizacje humanitarne. „Odkąd pamiętam, jeżeli gdzieś komuś dzieje się coś złego, ludzie cierpią, to mam ochotę rzucić wszystko i pomagać” - tłumaczy Małgorzata. Lubi też, gdy dużo się dzieje. Potrzebuje ciągłego zajęcia. Na Filipinach znalazłaby jedno i drugie.

Pod nadzorem

Zaczęła gorączkowo przeglądać internet, aż trafiła na organizację Young Pioneer Disaster Response (YPDR). Odpowiedź, którą otrzymała, była jak kubeł zimnej wody, ale przypominała, po co się tam jedzie: „Żeby było jasne, nasz zespół nie jest Czerwonym Krzyżem, ONZ lub Hiltonem. Jesteśmy małą grupą zmotywowanych osób z ograniczonymi środkami i zasobami, które starają się działać. Jeśli nie lubisz pracy w upale, brudzie i przy dużej wilgotności, spania w namiocie, zimnych pryszniców i jedzenia, do którego nie jesteś przyzwyczajony, to nie jest praca dla ciebie. Rolą zespołu jest nieść pomoc, a nie ją otrzymywać. W strefie dotkniętej przez katastrofę najgorsze, co można zrobić, to okazać się nieprzygotowanym i potrzebującym pomocy. To nie jest wycieczka. Nie będziemy zwiedzać i fotografować się w pięknych miejscach. Będziemy działać w strefie katastrofy, będziemy odbudowywać szkoły. Na Bantayan będziesz pracować pod ciągłym nadzorem. Każdy wolontariusz będzie przypisany do partnera i grupy roboczej. Codziennie rano grupy robocze będą oddelegowywane do zadań. Każdy, kto nie będzie stosował się do tych zasad, będzie postrzegany nie jako członek teamu, ale osoba zużywająca zasoby. Każdy, kto nie będzie przyczyniał się do powodzenia naszej misji, zostanie poproszony o opuszczenie obozu”.

Przyzwyczajona do samodzielności Małgorzata tego nadzoru obawiała się najbardziej, ale w styczniu 2014 roku pojechała na wyspę Bantayan. Zniszczenia były kolosalne, wszędzie zalegał gruz i mętna woda, najbardziej zapamiętała kikuty palm na tle ciemnego nieba. Na miejscu działało kilka grup projektowych, każdy szedł tam, gdzie czuł, że mógłby zdziałać najwięcej. Małgorzata od razu zaznaczyła, że zna się na jodze i teatrze lalkowym, ale wzbudziło to jedynie salwy śmiechu. Zabrała się więc do pracy fizycznej.