Wszyscy są tacy piękni! Gwiazdy z okładek czasopism, koleżanki na Instagramie (koledzy zresztą coraz częściej też), trenerki fitness, które zostają celebrytkami i zarabiają krocie na doradzaniu, jak ćwiczyć i co jeść, a czasem powiedzą też coś o Polsce. Były premier gra w piłkę i regularnie biega, obecni posłowie częściej niż z książką fotografują się z rowerem. Samorządy budują ścieżki rowerowe zamiast miejsc parkingowych…. Wydawałoby się – żyjemy w kulturze ciała. To jednak tylko pozór. Owszem, bardzo modnie jest dobrze wyglądać i odróżniać jarmuż od topinamburu. Ale nadrzędną wartość w świecie ma jednak umysł. To on jest traktowany jako coś wyjątkowego, o ciele mówi się w kategoriach grzechu, a przynajmniej swawoli. Dobry wygląd może i jest w cenie, ale jednocześnie to wciąż kaprys dla próżniaków. Traktujemy ciało jako jakiś osobny byt, niezwiązany z nami. A przecież ciało to my – jest nośnikiem naszego „ja”, z niego czerpiemy sygnały, co nas interesuje, co wywołuje emocje, ono pozwala nam się komunikować ze sobą i z otoczeniem.

„Nasza uwaga została przesunięta ze środka ciała na oceniające oko zewnętrzne. Patrzymy w lustro i nawet wtedy przeglądamy się w oczach innych, poddajemy się społecznej ocenie – mówi Iza Cisek, coacherka ciała. – Wiemy, jak ciało powinno wyglądać, ale nie wiemy, jak w tym ciele być i żyć”. Rezultaty są łatwe do przewidzenia. Połowa amerykańskich dzieci w wieku szkolnym twierdzi, że chciałaby być chudsza. Schudnąć chciałoby 63 proc. dorosłych Polek pytanych przez CBOS, a 75 proc. wszystkich Polaków – coś zmienić w swoim ciele. Prawie wszyscy – 90 proc. uważają, że atrakcyjny wygląd przesądza o sukcesie zawodowym i osobistym. To na poziomie podstawowym. Na poziomie nieco głębszym – idziemy dobrze znanym torem, czasem ktoś dokuczy, czasem coś zaboli. Aż wreszcie boli wszystko i odbijamy się od ściany. Bo ufaliśmy opinii społecznej, zamiast spytać ciała, co jest dla nas dobre w życiu.

 

JAK PAMIĘTNIK

„Słowa kłamią, bo są wytworem kultury. Ciało nie kłamie” – powiedział niedawno w wywiadzie aktor Jan Peszek. „Ciało jest rodzajem pamiętnika – dodaje Tatiana Cichocka, nauczycielka masażu i pracy z ciałem. – Zapisuje się w nim wszystko, co przeżyliśmy, poczynając od życia płodowego. To działa trochę jak oprogramowanie komputera. Kiedy zorientujemy się już, że chcemy coś w życiu zmienić, nie zrobimy tego, jeśli nie zajrzymy w ciało. Jak w komputerze  – dopóki nie wyrzucimy niepotrzebnych programów, możemy zmieniać tapetę monitora, ale nie będzie szybszy”.

Pytam Cichocką, czego może się dowiedzieć o człowieku, kiedy go dotyka i masuje. „W ciele jest wszystko. Niewyrażone emocje, napięcia, zapisy traum, wzorce ruchowe. Ciało wyraża nasze poglądy, naszą postawę wobec świata. Podczas masażu można wiele z tych niepotrzebnych nam już rzeczy uwolnić. Potencjalnie mogłabym więc dowiedzieć się wszystkiego, również rzeczy, o których chętnie mówiłby albo nawet nie wie, że ma do powiedzenia. Tylko po co? To nie jest moja rola”. Ciało jako pierwsze reaguje na strach, radość czy podniecenie. Boli nas brzuch, gdy coś nas stresuje, czujemy się rozluźnieni, gdy uda nam się na plaży poddać słońcu. Co ciekawe, ten wektor można też zwrócić w drugą stronę – czy naszym ciałem możemy kontrolować, a wręcz sterować emocjami. „Już Darwin pod koniec XIX wieku pisał o tym, że procesy cielesne mogą intensyfikować albo osłabiać reakcje emocjonalne – mówi dr Michał Parzuchowski, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. – Dopiero od niedawna, dzięki badaniom neuroobrazowania wiemy, że rzeczywiście reakcja mimiczna, np. imitowanie czyjejś ekspresji emocjonalnej wywołuje aktywację ciała migdałowatego części układu limbicznego odpowiedzialnego za odczuwane emocje.

Zmiany neuronalne wskazują na bezpośrednią ścieżkę, którą ciało może wpływać na to, jak myślimy i czujemy”. Badania z użyciem botuliny, czyli jadu kiełbasianego używanego w popularnym zabiegu botoksu, który poraża mięśnie twarzy – wykazały, że pacjentki po dwóch tygodniach od takiego zabiegu z opóźnieniem reagują na bodźce wywołujące złość, a ich pobudzenie na poziomie neuronalnym jest słabsze. Krótko mówiąc – mniej się złoszczą, bo nie mogą zmarszczyć czoła. Rzecz jednak nie w tym, by mniej się złościć, ale by dotrzeć do źródeł złości.

 

CZUJĘ, WIĘC MYŚLĘ

„Często, kiedy pytam klientów, co czują, słyszę odpowiedź: »Myślę, że czuję…«. Wtedy wiem, że ta osoba filtruje cały system emocjonalny przez intelekt” – mówi Iza Cisek. Czemu tak się dzieje? Bo to wygodne. Tego zresztą jesteśmy uczeni od dzieciństwa. Dziewczynki słyszą: „Nie złość się”, chłopcy: „Nie płacz”, wszyscy: „Nie biegaj, nie kręć się, uspokój się”. W dorosłość wchodzimy nawykli do trzymania się w pionie. Jeśli trafimy do pracy w biznesie, gdzie reguły gry  przypominają wojenne, ta umiejętność tłumienia może nam się przydać. Bo tu liczą się walka, rywalizacja, zwycięstwo, deadline. Jak na wojnie: mam ranę, ale biegnę dalej. Kiedy więc po drodze przydarzają nam się złe emocje, nie przeżywamy ich w pełni. One tymczasem odkładają się, tworząc – jak nazywają to specjaliści od pracy z ciałem – pancerze na poziomie mięśni. „Kiedy boli nas coś fizycznie, mięśnie wokół tego miejsca zaciskają się, wszystko się usztywnia, żeby ból nie promieniował na resztę ciała, żeby pomóc nam znieść ten ból, jakoś funkcjonować – tłumaczy ten mechanizm Tatiana Cichocka. – Tak samo jest z bólem emocjonalnym. Usztywniamy się i zaciskamy, odcinamy się od tego, wypieramy do podświadomości, bo nie chcemy czuć”. A usztywnieni przypominamy pomnik – nie dlatego, że tacy twardzi, tylko dlatego, że w jednym kształcie.

Z dostępem jedynie do znanego schematu, który jak już wiemy, z czasem sprawia, że prędzej czy później odbijamy się od ściany. Z obolałym kręgosłupem. Dlatego lepiej wsłuchiwać się w ciało, zanim zacznie dawać naprawdę silne sygnały. To nie musi być od razu przyjemne. Bo przyjdzie nam się skonfrontować z emocjami wypartymi ze świadomości, a zamkniętymi w ciele. „Kiedy zaczynamy rozpuszczać zbroję, początkowo może boleć – mówi Tatiana Cichocka. – A potem nadejdą zmiany, bo rozluźnieni będziemy trudniej znosić dotychczasowe życie”. Podaje przykład z warsztatów tańca. Gdy dziewczyny przychodzą na zajęcia, często mają ręce niemal przyklejone do ciała, nogi razem, tułów usztywniony. Z czasem rozluźniają się, odnajdują w ciele wolność. A z wolnością w ciele przychodzi więcej wolności w ogóle. „Dopóki jesteśmy w kontakcie ze sobą tylko na poziomie mentalnym, to jesteśmy bardziej w wyobrażeniach, konceptach, przekonaniach. Konceptualizujemy nasze życie – międlimy przeszłość i zamartwiamy się przyszłością. Odzyskując kontakt z ciałem, zaczynamy być tu i teraz” – precyzuje Iza Cisek. I gdy ktoś zapyta „co czujesz?”, nie będziemy już asekurować się kokieteryjnym „myślę, że czuję…” Będziemy to wiedzieli.

 

POKOCHAĆ NIEKOCHANE

Niestety, by zacząć czuć, dobrze jest najpierw polubić swoje ciało. A z tym jest kłopot, bo – jak już wiemy – nawet odbicie w lustrze filtrujemy przez wiedzę o społeczeństwie. I jakimś trafem nie przez sąsiadki, współpracowników i przyjaciół, tylko przez to, co podsuwają nam media. Na tym tle, przynajmniej naszym zdaniem, zazwyczaj wypadamy gorzej. „Media są bardzo ważnym źródłem wiedzy czy też przekonań o tym, co jest atrakcyjne. Łatwo przyswajamy sobie najbardziej popularny w mediach standard i niestety odczuwamy presję, by wyglądać tak jak ci, których gloryfikują media. Zapominając, że to nie tylko zwycięzcy loterii genowej, ale i szczęściarze, którzy pokonali tysiące innych szczególnie atrakcyjnych i utalentowanych ludzi w serii kolejnych castingów i konkursów – mówi psycholog Michał Parzuchowski. – Próbujemy dopasować się do pożądanego standardu. To niekoniecznie się udaje i stąd bierze się niezadowolenie z ciała. Do tego dochodzi porównywanie się z innymi, wszyscy mamy tę potrzebę.

Niezadowolenie z ciała może prowadzić do niezadowolenia z reszty elementów samooceny i często koreluje z myśleniem, że nie zasługujemy na nic dobrego i jesteśmy kiepscy. A ciężko jest z taką oceną siebie skutecznie iść przez życie i stawiać sobie nowe wyzwania”. Co ważniejsze: akceptacja ciała łączy się z tym, że optymistyczniej patrzymy w przyszłość, lepiej radzimy
sobie z trudnymi sytuacjami, jesteśmy aktywniejsi, odważniejsi, a nawet lepiej planujemy – nie odkładamy spraw na ostatnią chwilę. No i mamy więcej przyjemności z seksu. Łatwo powiedzieć, ale jak polubić, skoro w dzieciństwie byliśmy krytykowani przez rodziców, partner nas nie zauważa albo w ogóle go nie ma, a wszystkie koleżanki zdają się być ładniejsze?

Szkodliwa na co dzień skłonność do traktowania ciała jako osobnego od nas bytu tutaj może się przydać. Nie chodzi bowiem o to, żeby ciało kochać bezkrytycznie, ale by zaakceptować je wraz z niedoskonałościami. „Chodzi o przyjęcie siebie w pełni. Jak z ukochanym człowiekiem. Kochamy go, chociaż nie jest idealny. Tak samo z własnym ciałem – coś się może nie podobać, ale możemy je przecież lubić. Przyjąć je z tym, jakie jest, co ze sobą niesie, czego doświadcza i jak wygląda” – radzi Iza Cisek. Zaleca, by patrzeć na ciało czy myśląc o nim, uświadamiać sobie emocje związane z jego mniej ulubionymi strefami, jednak wypowiadać afirmujące zdania oraz wdzięczność, najlepiej bezpośrednio w jego stronę: „Lubię siebie, ciebie i lubię być w tobie, doświadczać poprzez ciebie życia. Jestem ci wdzięczna, bo dzięki tobie odczuwam miłość, czułość, radość, smutek, żal – żyję”.

Zresztą popkultura z oporami, ale idzie tej postawie w sukurs. Modelki normal size mają miliony obserwujących na Instagramie (a to przekłada się na reklamowe zlecenia), piosenkarka Adele zarabia równie dobrze jak jej chude konkurentki. Wprawdzie organizatorzy festiwalu w Cannes odchudzili Claudię Cardinale, ale szybko pożałowali, bo spotkała ich za to masowa krytyka w internecie.

 

LEKCJA Z CHOROBY

Michał Parzuchowski z Uniwersytetu SWPS w Sopocie z Katarzyną Jaśko z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Maryland University prowadzili badania, jak ludzie chcieliby się zmienić. Badali osoby, które kontrolują wagę albo chcą schudnąć. Na pytanie: „Jak dotychczas szło ci osiągnięcie postawionego celu?” większość odpowiadała, że średnio – samokontrola zawodziła. Na pytanie: „Co możesz zmienić w swojej aktywności w przyszłości” odpowiadali, że wszystko będzie lepiej.
Ale nie potrafili sprecyzować, co zrobią, żeby naprawdę zmienić nawyki. „Bo przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka – mówi Michał Parzuchowski. – Amerykanie zbadali, jak ludzie w kolejnych dekadach życia spędzają wolny czas. I okazało się, że poza górką tuż po czterdziestce, kiedy orientujemy się, że połowa życia za nami i główny motywator w postaci lęku przed śmiercią dociera do nas intensywniej, więc nagle odchudzamy się, ćwiczymy, postanawiamy zdrowo żyć, wygląda to dość podobnie – kanapa, telewizor, spotkania ze znajomymi”. Pięćdziesięciolatkowie wracają do starych nawyków. Niedawno ukazała się analiza oglądalności filmów na kanałach na YouTube spod znaku „30 days challenge”.

Okazało się, że widzowie angażują się przez pierwsze pięć–sześć odcinków, a do ostatniego zostaje tylko pięć procent z oglądających. Ale tak jak nie warto porównywać się z fit-celebrytkami, tak nie ma sensu oglądać się na tych na kanapie. Bo chodzi przecież o to, żeby zorientować się, co jest dobre dla nas, a więc złapać kontakt z ciałem. Na początek przypomnijmy sobie, jak traktowaliśmy siebie podczas ostatniej choroby. To jasne – z czułością, zaciekawieniem przynajmniej. „Kiedy chorujemy, umiemy czytać sygnały z ciała – zauważa Iza Cisek. – Dobrze byłoby, gdybyśmy z podobną wrażliwością wczytywali się w ciało na co dzień. Ustępowali mu, kiedy potrzebuje spać, odpoczywać, szaleć, tańczyć, płakać”. Potem zwyczajny sport – fitness, siłownia czy bieganie. Tyle że dobrze jest „odciąć” głowę na czas ćwiczeń. Nie traktować ciała jako maszyny, a biegania jako czasu na wysłuchanie audiobooka, tylko skoncentrować się na tym, jak układają się mięśnie, jak płynie oddech. Bo nawet jeśli wyćwiczymy mięśnie tak jak marzyliśmy, to w lustrze wciąż będziemy filtrować odbicie przez oceniający umysł. A mamy zacząć doświadczać ciała.

Próbujmy codziennych praktyk. Chodząc, poczujmy, że stąpamy po ziemi. Skupmy się na tym, co podmuch powietrza robi z naszą skórą. Leżąc na plaży, skoncentrujmy się na przyjemności, jaką dają nam promienie słońca. To pierwsze kroki do tego, by poczuć kontakt z ciałem. Zaakceptować je takie, jakie jest, wsłuchać się w jego potrzeby. A te, jak podkreśla Tatiana Cichocka, nie są aż tak skomplikowane, jak mogłoby się wydawać: zdrowo jeść, odpoczywać, oddychać, ruszać się i dotykać i być dotykane. Odzyskując kontakt z ciałem, odzyskamy kontakt z sobą, a to droga do wolności. Zaczniemy czuć, czy schemat, w którym żyjemy, jest nasz. Jeśli nie, wskaże kierunek, kiedy będziemy odbijać się od ściany.