Kiedy tylko skończył 18 lat, natychmiast został powołany do hufca pracy, tzw. RAD-u, który miał być przygotowaniem do służby w niemieckiej armii. Wiosną 1942 r. tacy jak on poborowi zostali zebrani w Piszu (wówczas Johannesburg) i wysłani na front wschodni do służby pomocniczej. Wesołowski trafił na Kaukaz, gdzie w Mineralnych Wodach pracował na wojskowym lotnisku, a w Budionowsku pilnował wziętych do niewoli radzieckich żołnierzy. Wkrótce jemu i chłopakom z oddziału zaproponowano dwumiesięczne urlopy pod warunkiem wstąpienia do Waffen SS. Odmówili. Wcielono ich więc do Wehrmachtu.

Część swoich racji żywnościowych z Wehrmachtu Łucjan wysyłał bratu, oficerowi WP, nadal zamkniętemu w obozie jenieckim w Niemczech, co nieustannie dziwiło urzędników pocztowych. Równie szokujące było pierwsze zadanie żołnierzy z jego oddziału – mieli strzelać do sprzymierzonych z Hitlerem oddziałów rumuńskich, gdyby te opuściły pozycje na linii frontu pod Soczi. Rumuni nie pozostali dłużni – wystrzelony z ich pozycji pocisk przeciwpancerny zabił dowódcę oddziału Łucjana. Frontu nie udało się utrzymać.

Po ataku wojsk radzieckich Wesołowski, ewakuując z pola walki rannego kolegę, wpadł na pomysł, który uratował mu życie. Rozmazał na twarzy krew z wybitego zęba i zasymulował ciężki uraz. Lekarze dali się nabrać. Z diagnozą zgniecenia klatki piersiowej Łucjan trafił do szpitala w Odessie, a następnie w Krakowie. W końcu lekarze wysłali go do sanatorium w Bernkastel nad Mozelą, niedaleko Trewiru, a potem na urlop do domu.

Wkrótce jednak Wehrmacht upomniał się o niego i obergefreiter Wesolowski został wysłany do Konstancy w Rumunii, skąd jego oddział miał płynąć na Krym. Tuż przed załadunkiem na statek dopadł go nagły atak rwy kulszowej. Znów miał szczęście. Statek został storpedowany na morzu przez radziecką łódź podwodną. Nikt się nie uratował.

Łucjan trafił do kliniki w Wiedniu, a następnie na terapię do Królewca. Tam już nie było tak miło. Lodowate kąpiele i elektrowstrząsy, którymi leczono żołnierzy, sprawiały, że wkrótce większość pacjentów sama prosiła o powrót na front. Wesołowski trafił na Łotwę, gdzie na tzw. przyczółku kurlandzkim przy temperaturze –40 st. C. odmroził sobie palce u nóg. Po ewakuacji trafił więc do sanatorium w Passau nad Dunajem. Stamtąd pojechał odwiedzić jednego z braci, zwolnionego z obozu jenieckiego i pracującego w Niemczech jako robotnik przymusowy.

Szczęście go nie opuszczało – w czasie amerykańskiego bombardowania, w ogólnym zamieszaniu, zdobył cywilne ubranie, a później także nowe dokumenty. Tak doczekał wkroczenia wojsk alianckich. Gdy zakończyła się wojna, razem z bratem wrócił do Sierpca.