Kto pierwszy wymyślił, że nale­ży uczyć przez doświadczenie? Kimkolwiek był, historia nie pa­mięta dziś jego nazwiska. Dość stwierdzić, że standardowa edu­kacja starała się zatrzeć to wspomnienie, zastę­pując je nauczaniem ex cathedra, za pomocą wykładu.

Radykalny brazylijski pedagog Paulo Freire sposób edukowania, jaki rozpanoszył się w na­szych szkołach, nazywał pogardliwie „eduka­cją bankową”. Wiedza miała bowiem niczym w banku stać się przelewem: przepłynąć od mądrego - z założenia - nauczyciela do pustej - z założenia - głowy ucznia. Ten drugi w zasadzie miał tylko zapamiętać i odtworzyć na życzenie. Ujawnić stan swojego edukacyjnego konta. Edukacja bankowa - dowodził Freire - jest stratą czasu i sił ucznia w rozkwicie jego potencjału. Co zalecał w zamian? Coś, co dziś uczenie nazywa się „experiental education” nauczaniem przez doświadczenie.

 

Odrzuć wojskowy dryl

W XX wieku to podejście znalazło wielu wyznawców i propagatorów, co jednak w nie­wielkim stopniu przełożyło się na kształt na­uczania w powszechnych szkołach.

Systemowa edukacja, której się sprzeci­wiali, narodziła się 200 lat temu w Prusach. Spłodziły ją urażona ambicja i duma pruskiego króla Fryderyka Wilhelma. Jego miłość włas­na źle zniosła przegraną z Napoleonem pod Jeną. Ponad 12 tys. Prusaków poległo lub zo­stało rannych, a przeszło 15 tys. znalazło się we francuskiej niewoli. Królestwo Prus dostało się pod panowanie Francji. Ten stan wymagał wzmocnienia państwa, odnowy narodu. Trze­ba było zbudować nowe, niepokonane Prusy, a by to zrobić, należało oprzeć siłę państwa na bezwzględnie posłusznych żołnierzach i urzęd­nikach. Skąd takich brać?

Trzeba ich wychować. Dlatego wszystkie szkoły znalazły się pod kontrolą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zdelegalizowano nie­zależne szkoły prywatne. Od tej chwili każdy nauczyciel miał być zatwierdzany i certyfiko­wany przez państwo. Wprowadzono obowią­zek szkolny. Szkoły pracowały państwowym programem. By mieć pewność, że w głowach obywateli nie kiełkują niepożądane pomysły, wprowadzono zestaw lektur obowiązkowych. Rytm nauki wyznaczały dzwonki dzielące czas na 45-minutowe lekcje.

Reforma oświaty realizowana z żelazną konsekwencją rozlała się po Europie, a wraz z imigrantami dotarła do Ameryki, gdzie taka idea szkoły zachwyciła przemysłowców. Szkoły na wzór pruski zaczęły powstawać przy fabry­kach, kształcąc kadrę do pracy przy taśmie. I mimo że minęły lata, świat się zmienił, a nasza wiedza na temat uczenia powiększyła się - one wciąż takie są. Biurokratyczne, formalne, skost­niałe. Zarządzane przez armię urzędników.

 

Rozemocjonuj neurony

Rysy na betonie edukacji powstają opor­nie. Jedną z głębszych stworzyła właśnie młoda dziedzina wiedzy - neurodydaktyka, przenosząca odkrycia badaczy mózgu do praktyki nauczyciela. Mówią o tym „nauczanie przyjazne mózgowi”. Twierdzą, że mózg ucznia to miejsce pracy nauczyciela. To po­dejście odwołuje się do ciekawości poznaw­czej uczniów, wykorzystuje silne strony ich mózgów, łączy wiedzę z emocjami, pozwala uczniom na stawianie hipotez i samodzielne szukanie rozwiązań. By to się powiodło, ko­nieczna jest bezpieczna i przyjazna atmosfera towarzysząca nauce.