W takiej pozycji przekroczył alianckie linie. Dowództwo wysłało go tylko na zwiad, a on wyzwolił miasto! Tymczasem jego towarzysze... nie mogli wkroczyć do Zwolle. Bez aprobaty wyższych rangą dowódców kanadyjskiej jednostce nie wolno było ruszyć się ani o centymetr do przodu. W takiej sytuacji Major wrócił sam do Zwolle. Dopiero godzinę później dowództwo wyraziło zgodę, by Kanadyjczycy weszli do holenderskiego miasta. W nagrodę za swoją akcję dzielny szeregowy otrzymał Distinguished Conduct Medal (Medal za Wyjątkowe Zasługi). Tym razem go przyjął.

Po takich przygodach powrót do cywila i montowanie rur szczególnie pasjonujące nie są. Kiedy więc w 1950 r. wybuchła wojna w Korei, Major zgłosił się na ochotnika i znowu wykazał się nie lada odwagą.

CZŁOWIEK, KTÓRY  URATOWAŁ KOREĘ

Było to w listopadzie 1951 r. Chińczycy zdobyli wzgórze oznaczone numerem 335 nazywane „Małym Gibraltarem”. Gdyby poszli za ciosem, losy wojny mogły zostać przesądzone. Major jednak potrafił odzyskać ten ważny punkt. Tym razem nie działał w pojedynkę, ale na czele 20osobowego oddziału. Uzbrojeni po zęby, pod osłoną nocy przekroczyli linie wroga. Na sygnał Majora otworzyli ogień. Chińczycy spanikowali. Nie spodziewali się ostrzału zza pleców! W pośpiechu wycofali się ze wzgórza. Była za kwadrans pierwsza w nocy.

Godzinę później Chińczycy postanowili odzyskać, co przed chwilą utracili. Major dostał rozkaz: „Wycofać się”. Nie posłuchał. Oddał Chińczykom tylko 25 jardów, czyli niecałe 23 m. Dwie dywizje atakowały przez trzy dni, ale to Major i jego ludzie byli górą. Chińska kontrofensywa na tym odcinku załamała się!

Za Koreę Majora po raz drugi uhonorowano Distinguished Conduct Medal – w czasie II wojny światowej otrzymało go 3 proc. kanadyjskich żołnierzy, w czasie wojny w Korei – 4 proc. Major jako jedyny Kanadyjczyk dostąpił tego zaszczytu dwukrotnie za dwie różne wojny. Tylko trzy takie przypadki zdarzyły się w dziejach Imperium Brytyjskiego.

NIE TYLKO BRAWURA

Wróciwszy do ojczyzny, Major się ustatkował. Ożenił się, doczekał się czwórki dzieci, a po latach piątki wnuków. O swoich wyczynach opowiadał niechętnie. „Walczyłem na wojnie, mając jedno oko, i robiłem to całkiem dobrze” – mówił krótko.

Bohaterem był przede wszystkim dla mieszkańców Zwolle. Jeździł tam od czasu do czasu, utrzymywał kontakt z Holendrami poznanymi pamiętnej nocy. Koniec końców doczekał się w Zwolle nawet ulicy swojego imienia. Nic dziwnego. Gdyby w kwietniu 1945 roku Major poprzestał na obserwacji niemieckich stanowisk, w trakcie kolejnych dni i tygodni walk w Zwolle zginęłoby mnóstwo wojskowych i cywilów. Kanadyjski wojak wcale nie chciał się popisać brawurą. Tak jak podkreślał, faktycznie chciał ratować ludzi. Nigdy też nie zapomniał o towarzyszu broni Wilfridzie Asenaulcie, który nie wrócił żywy ze zwiadu. „Willi był moim największym bohaterem. Nigdy nie wahał się, aby ratować życie innym. Zrobiłem po prostu to samo, co on” – mówił Léo Major jako 86-letni staruszek. Zmarł rok później, w październiku 2008 r. w Montrealu. Tarantino jeszcze filmu o nim nie zrobił.