Dotąd pomijane fakty i relacje wskazują, że Wojciech Jaruzelski zdecydował się na wprowadzenie stanu wojennego właśnie 13 grudnia, bo zadziałał jego instynkt samozachowawczy. Wprawdzie funkcję I sekretarza KC PZPR pełnił wtedy niespełna dwa miesiące – dopiero co zastąpił na tym stanowisku Stanisława Kanię – ale bał się, że kolejna zmiana przywództwa wisi w powietrzu. Co więcej, mogła nie być zwykłą zmianą polityczną, lecz wręcz zamachem na życie generała.

Na kłopoty stan wojenny

Jaruzelski żył wtedy trzema problemami. Pierwszy z nich to „Solidarność” jako zagrożenie dla władzy komunistów i pogłębiająca się zapaść gospodarcza kraju. Drugi: wzmagające się naciski z Kremla, by działał przeciw „kontrrewolucji” przez wprowadzenie stanu wojennego. Trzeci – działania partyjnych towarzyszy, niezadowolonych z folgowania „Solidarności” i cieszących się wsparciem Moskwy. Te elementy były ze sobą powiązane.

Wprowadzenie stanu wojennego, którego plany były już przecież gotowe od miesięcy, rozwiązało wszystkie te problemy za jednym pociągnięciem! Odebrało możliwość działania wewnętrznej partyjnej opozycji wobec generała – tym coraz bardziej skonsolidowanym siłom „prawdziwych komunistów”, „partyjnych internacjonalistów”, „dobrych towarzyszy” i zwyczajnych agentów.

Nie wygraliby z Jaruzelskim inaczej, niż wzywając na pomoc „bratnie” kraje socjalistyczne, bo sami mieli zbyt mało „szabel”. Po wprowadzeniu stanu wojennego taka obca interwencja nie była już potrzebna, ponieważ generał rozbił nim „Solidarność”, m.in. internując ponad 5 tys. aktywistów. Skoro zaś Jaruzelski spełniał tym oczekiwania coraz bardziej naciskającego go Kremla, radzieckie kierownictwo nie miało już powodu, by mobilizować do potencjalnych działań partyjny „beton” (takiej nazwy konsekwentnie używają Jaruzelski i Kiszczak).

Wiele wskazuje, że stanu wojennego nie byłoby właśnie 13 grudnia bez owego „trzeciego elementu”: towarzyszy z PZPR spiskujących z Moskwą, Berlinem czy Pragą i budzących taki strach gen. Jaruzelskiego.