Ma białe zęby i wysportowaną sylwetkę. Najczęściej można go spotkać w modnej restauracji, klubie golfowym lub ośrodku spa. Chyba że akurat pozuje do zdjęcia, które ozdobi okładkę miesięcznika „Forbes”. Taki obraz pracownika korporacji – jako wszechstronnie spełnionego i wiecznie uśmiechniętego człowieka sukcesu – wyłania się z popularnych seriali i pism lifestyle’owych. 

Tymczasem pewna badaczka biznesowych patologii pokazuje, że życie milionów osób zaludniających piętra szklanych biurowców wygląda inaczej. Barbara Ehrenreich zatrudniła się na rok w jednym z takich miejsc. W bestsellerze „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć” zdała relację z tego, jak wielkie firmy oszukują pracowników, zmniejszają liczbę przerw, podczas których mogą wyjść do toalety, i zabraniają nawet rozmów z kolegami. Ludzie ci muszą też znosić upokorzenia ze strony klientów i szefa. A wszystko za minimalną pensję, która pozwala na opłacenie ledwie części rachunków.

Owszem, średni i wyższy poziom zarządzania od trosk materialnych jest wolny, lecz nawet prezesi spać spokojnie nie mogą. Gdy rada nadzorcza z dnia na dzień rezygnuje z ich usług, dostają bajońskie odprawy. Tyle że ponownie wdrapać się na szczyt to nie lada wyzwanie. Miesiącami nie ma dla nich ani jednej oferty. Tak jest za wielką wodą. A u nas? Podobnie. Harówka po kilkanaście godzin dziennie, wspomaganie się dopalaczami, utrata kontaktu z rodziną – oto los tysięcy młodych Polaków omamionych mirażem wielkich karier.

Tak przynajmniej wynika z sondażu Wyższej Szkoły Pedagogiki Resocjalizacyjnej, zrealizowanego w 13 bankach i 21 koncernach w Warszawie i innych dużych miastach. „Badanie zostało przeprowadzone w 2008 r., kiedy dopiero zaczynał się kryzys, do dziś zresztą nieodwołany. Ale nie miejmy złudzeń: generalnie nic się w korpo nie zmieniło. Ostatnie ciężkie lata, rosnąca konkurencja rynkowa, ciągła presja na optymalizację kosztów i wyniki – to wszystko może intensyfikować anomalie” – uważa Mirosław Słowikowski, trener i współwłaściciel firmy szkoleniowej TiM Training. A jednak niewielu ludzi opuszcza korporacje dobrowolnie, czemu trudno się dziwić, pamiętając, że płacą lepiej niż przedsiębiorstwa średnie i małe.

CYFROWA PRACA PRZY TAŚMIE

Procedury zabijają w ludziach kreatywność

Do wybrańców należał Marcin Przybyłek. Miał świetną pensję, służbową komórkę i auto. Mimo to zrezygnował z korporacji na rzecz własnego biznesu. Wbrew rodzinie i przyjaciołom, którzy stanowczo odradzali mu krok w nieznane. „Wiedziałem, że chcą dla mnie dobrze, lecz nie byłem w stanie ich posłuchać. Czułem, że firma wysysa ze mnie życie. Że jeszcze chwila, a będę martwy jak bohaterowie »Diuny« Franka Herberta” – wspomina.

Przybyłek skończył studia medyczne, ale pracował jako przedstawiciel handlowy w międzynarodowym koncernie farmaceutycznym. Później odkrył swoje prawdziwe powołanie – do trenerstwa. Chciał uczyć nie tyle sprzedaży, ile komunikacji interpersonalnej. Przełożeni jednak storpedowali ten pomysł. „Centrala grupy przydzieliła mnie do teamu trenerskiego, ale oddział w Polsce widział mnie tylko w jednej roli: składającego wizyty lekarzom i nakłaniającego ich, żeby przepisywali pacjentom nasz lek, a nie produkt konkurencji” – opowiada. Przez sześć lat był lojalny.