Focus: Po przeczytaniu twojej książki wszystko mi się skomplikowało. Okazuje się, że aby podjąć właściwą decyzję, trzeba o wiele więcej niż tylko zdecydować.

Noreena Hertz: Człowiek codziennie podejmuje około 227 decyzji… dotyczących jedynie żywienia. „Oczy szeroko otwarte” napisałam w trudnym dla mnie momencie. Sześć lat temu obudziłam się bardzo chora. W ciągu trzech miesięcy straszliwie schudłam, miałam silne bóle, spotykałam się z wieloma specjalistami, a każdy z nich stawiał inną diagnozę. A ja, jako osoba, która ostatnie 15 lat życia spędziła na zawodowym doradzaniu innym: w świecie biznesu i polityki, w kręgu producentów filmowych Hollywood i pilotów, lekarzy i finansistów, nagle stanęłam przed czymś najważniejszym na świecie – przed podjęciem ważnej osobistej decyzji.

Zdałam sobie sprawę z czegoś absolutnie zaskakującego: doradzać to pestka, ale jak pomóc samej sobie w zrobieniu ważnego kroku? I tak się stało, że między kolejnymi skanami MRI, testami moczu i analizami krwi zaczęłam przeglądać badania na temat tego, co powoduje, że podejmujemy takie, a nie inne decyzje, jak to jest uwarunkowane neurologicznie, psychologicznie, psychofizycznie czy wreszcie fizjologicznie. Mnie udało się podjąć właściwą decyzję, ale chciałabym podzielić się z innymi wiedzą o tym, na czym polega robienie właściwych kroków w świecie, w którym mamy tak wiele informacji i o których nie wiemy, na ile są prawdziwe. Chcę pomóc ludziom w zrozumieniu, jak błędy myślenia i uprzedzenia wpływają na dokonywanie wyborów.

Przed przyjściem na wywiad z tobą przez godzinę zastanawiałam się nad błahostką – czy wysłać moje dzieci na lekcje rysunku czy malarstwa. Czułam się niespokojna, choć przecież ta decyzja nie dotyczy życia czy śmierci.

Jeżeli twoje dzieci mają zostać Picassami, zostaną bez względu na to, czy wyślesz je na rysunek, czy na malarstwo. Ale z takich błahych decyzji składa się nasze życie, a to, co mówisz o niepokoju, jest ważne. W badaniach, do których dotarłam, naukowcy podkreślają moment traumy przed podjęciem decyzji, niezależnie od tego, czy będzie ona dotyczyć kwestii rysunek/malarstwo czy suknia czerwona/zielona na wieczorne wyjście. Warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje: może winny jest np. nasz perfekcjonizm (to w przypadku koloru sukni). Dobrze jest w takim momencie po prostu zatrzymać się i powiedzieć: „hej, czy naprawdę ma znaczenie kolor sukienki?”. Lepiej jest skoncentrować się na naprawdę ważnych decyzjach. Ale jeżeli już koniecznie musimy się nad tą suknią zastanowić, dajmy sobie na to  np. 10 minut i już do tego nie wracajmy.

A jeżeli chodzi o te ważniejsze życiowe decyzje?

Przede wszystkim doradzam ograniczone zaufanie wobec ekspertów. Kiedy widzimy człowieka w białym kitlu, część naszego mózgu odpowiedzialna za podejmowanie decyzji wchodzi w stan spoczynku. Tymczasem, jak wynika z moich poszukiwań, jedna na pięć lekarskich decyzji jest niewłaściwa. Proponuję też nigdy nie wyłączać swojego myślenia. Absolutnie nie chcę namawiać nikogo, by nie korzystał z porad lekarskich, tyle że nie należy im ślepo ufać. Lub wybierać takich ekspertów, którym można zaufać bardziej niż innym: na pewno lepszy jest ten, który wykonał 100 operacji niż siedem. Podobnie z doradcą finansowym: nie ufaj pierwszemu lepszemu, tylko dlatego że jest ładnie ubrany i ma skórzaną teczkę – niech przedstawi rekomendacje dobrej pracy. A najgorszy ekspert to taki, który zdaje się mówić: „Jestem Bogiem” – porady i decyzje takich jak on są najbardziej wątpliwe, bo nie zakładają możliwości popełnienia błędu.

Focus: Żyjemy w czasach skompromitowanych ekspertów. I to nie tylko lekarzy.

- Ekonomiści nie przewidzieli światowego kryzysu, analitycy przeoczyli wybuch Arabskiej Wiosny, eksperci wywiadu nie zauważyli, co może się wydarzyć na Ukrainie. To dobra lekcja dla zwykłych ludzi i okazja do zastanowienia się, czym się kierujemy podejmując decyzje: ile jest w tym irracjonalności, podświadomych uprzedzeń, emocji. Nie zdajemy sobie sprawy, że jeżeli jesteśmy w słonecznej restauracji, zamówimy więcej niż wtedy, gdy będzie ona szara. I nie jest ważne, czy jedzenie będzie dobre, a obsługa nienaganna. Będziemy po prostu w lepszym nastroju. Nie chcę jednak powiedzieć, że emocjonalne decyzje są gorsze od nieemocjonalnych. Kiedy zrobiono badania ludziom z uszkodzonymi częściami mózgu odpowiedzialnymi za emocje, okazało się, że mieli ogromne kłopoty z podejmowaniem decyzji – to kolejny dowód na to, jak wiele emocjonalnych decyzji podejmujemy. Wpływa na nie nawet postrzeganie kolorów. Kobieta w czerwieni zawsze będzie postrzegana przez mężczyznę korzystniej niż taka w zielonej sukience. Ba, zdjęcie tej samej kobiety na czerwonym tle jest oceniane lepiej niż na tle niebieskim, szarym czy zielonym. To dobra rada dla wszystkich korzystających z serwisów randkowych.

Od dawna wiadomo, że ubrane na czerwono kelnerki dostają większe napiwki. Ty także masz dziś na sobie czerwoną sukienkę.

Oczywiście, używam świadomie wszystkich trików, które mogą mi pomóc odnieść sukces (śmiech). Chcę tylko powiedzieć, że powinniśmy mieć świadomość tego, dlaczego stawiamy jakiś krok. Ja uważam, że doskonale jest robić sobie notatki, które przybliżałyby nas do uświadomienia sobie, co wpłynęło na taką, a nie inną decyzję.

No dobrze, już wiemy, że nie do końca należy ufać specjalistom i emocjom. Więc komu ufać?

Nie mamy wyjścia – musimy sami stać się ekspertami, niezależnymi decydentami. Mamy wiele źródeł informacji, przede wszystkim oczywiście internet. Ale – uwaga – nasz wrodzony narcyzm będzie nam podpowiadał, by szukać informacji potwierdzających to, co już wiemy, lub to, w co chcemy wierzyć. Przeciwnicy szczepionek trafią więc w internecie wyłącznie na strony o szkodliwości szczepień. Sztuka w tym, żeby umieć wyjść poza tę sferę komfortu. Nie jest to łatwe, bo kiedy trafiamy na ten rodzaj informacji, czujemy coś w rodzaju zastrzyku z dopaminy – przyjemnego dreszczyku, który zdaje się nas otaczać bezpiecznym płaszczykiem zadowolenia z bycia na dobrej drodze. Niestety, nic bardziej mylnego. Ważna decyzja wymaga skonfrontowania ze sobą sprzecznych punktów widzenia. Na tym polega prawdziwe wyzwanie w stawaniu się ekspertem we własnej sprawie.

Jeżeli mamy migrenę i chcemy się dowiedzieć, jaki jest na nią skuteczny sposób, możemy zrobić to prosto – zapytać o to na Facebooku. I może się okazać, że uzyskamy więcej zbawiennych porad, niż może nam przekazać lekarz rodzinny. Włączenie mediów społecznościowych do pomocy w staniu się ekspertem we własnej sprawie jest ważne. Mam tego przykład. Po ukazaniu się mojej książki w USA zgłosiła się do mnie pewna pani, która podzieliła się ze mną historią swojej walki z guzem mózgu. Mieszkała w małym mieście, a jej lekarze twierdzili, że to rzadki nowo-twór, który właściwie nie poddaje się leczeniu, jednym słowem – nie było dla niej szans. Zna-lazła na Facebooku grupę ludzi dotkniętych tą samą chorobą i okazało się, że w innej części USA takie guzy leczy się podczas badań klinicznych. Udało jej się wziąć udział w badaniu i wyzdrowieć. Można powiedzieć, że Facebook uratował jej życie, a dokładniej – życie uratowało jej to, że stała się ekspertem we własnej sprawie.

Każda informacja wymaga weryfikacji?

Te ważne na pewno tak. Nie zawracałabym sobie głowy nieistotnymi w rodzaju – cappuccino czy latte. Nie możemy, rzecz jasna, zakładać, że wszystko, co znajdziemy w internecie, jest prawdą. Często coś, co wygląda na wiarygodne, ma za zadanie wspierać jakąś ideologię polityczną, handlową czy inną. Dlatego weryfikacja jest niesłychanie ważna.