Statystyki (jeśli im wierzyć, rzecz jasna) są przytłaczające. Ludzi na świecie, którzy kopią sobie spożywczy grób (szacunki z 2006 r. mówią nawet o miliardzie osób z nadwagą), jest obecnie więcej niż tych, którzy nie mają wystarczająco dużo jedzenia, by przeżyć (na niedożywienie cierpi 800 mln ludzi). Liczba otyłych dzieci i dorosłych w wielu krajach – w tym w USA, Kanadzie i Europie Zachodniej – wzrosła trzy- lub czterokrotnie w ciągu ostatnich 30 lat. Odsetek ten zwiększa się również szybko w Azji, Ameryce Południowej, a nawet w Afryce. Ta gigantyczna fala otyłości rzeźbi kształty naszego świata. Wszystko musi być teraz większe niż jeszcze ćwierć wieku temu. Fotele autobusów, pociągów i samolotów dostosowywane są do pokaźnych rozmiarów naszych pośladków. Przeciętny sprzedawany w Europie samochód waży dziś około pół tony więcej niż w 1977 r. Duża część tej wagi wynika z tego, że chcemy wygodnie usadowić swoje gigantyczne cztery litery. To obwód w talii zmusza nas do prowadzenia większych aut – i przyczyniania się w ten sposób do globalnego ocieplenia.

Grubsi, czyli zdrowsi

Historia otyłości na pierwszy rzut oka wygląda na raczej nieskomplikowaną opowieść. Jesteśmy grubi, bo za dużo jemy i za mało ćwiczymy, a przez to częściej chorujemy. Z tą prostą tezą związanych jest jednak kilka sporych problemów. Choćby taki, że epidemia otyłości na pewno nie wyrządza nam tylu szkód, ilu się obawiano. W sierpniu 2006 r. tygodnik medyczny „The Lancet” opublikował wyniki badania, które przeprowadzono w amerykańskiej klinice Mayo. Było to metastudium – badanie na podstawie innych badań – a jego odkrycia bazowały na wynikach dotyczących relacji między wagą a stanem zdrowia w grupie ponad 250 tys. pacjentów. Zespół z Mayo odkrył, że osoby otyłe ze zdiagnozowaną chorobą serca żyją o wiele dłużej niż te zaklasyfikowane jako „normalne”. Nawet osoby z łagodną nadwagą były w lepszej kondycji niż te z najzdrowszymi wskaźnikami masy ciała (BMI). Trzeba było być naprawdę otyłym, aby radzić sobie gorzej od osoby mieszczącej się w normach wagowych.

Waga sama w sobie jest więc raczej kiepskim wskaźnikiem zdrowia. Z prostego powodu – umięśnione osoby ważą więcej (to zaś zwiększa automatycznie BMI), podczas gdy waga tłuszczu jest po prostu znacznie mniejsza. Wielu lekarzy woli obecnie mierzyć obwód talii, bo ten parametr ma większy związek ze stanem zdrowia. Poza tym nawet w USA niewiele osób jest chorobliwie otyłych (BMI powyżej 40) – nic więc dziwnego, że przewidywany od dawna kryzys zdrowia i średniej długości życia jeszcze nie nastąpił.

Nie taki fast food straszny