Mianem mordu rytualnego określa się zabójstwo na tle religijnym, powodowane niechęcią religijną. Pierwsze informacje o rzekomych mordach rytualnych dokonywanych przez Żydów na chrześcijanach pojawiły się w średniowieczu. W XII-wiecznej Anglii znaleziono zwłoki 12-letniego chłopca - Williama z Norwich. Według antysemickich podań, na ciele ofiary znaleziono ślady tortur. Zwłoki chłopca złożono w Katedrze w Norwich, do której zaczęli ściągać pielgrzymi, co doprowadziło do kanonizacji Wiliama. William z Norwich był więc pierwszą ofiarą rzekomego mordu rytualnego, dokonywanego przez Żydów na chrześcijanach w Europie.

Schemat powstawania tego rodzaju "legend" był ten sam. "Mamy ofiarę, najczęściej dziecko, które pada ofiarą zabójstwa ze strony Żydów. Najczęściej byli to mali chłopcy do siódmego roku życia. Znane są także legendy, w których ofiarą staje się mała dziewczynka czy dorosły człowiek" - tłumaczyła  dr hab. Anna Michałowska-Mycielska z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego podczas XIX Festiwalu Nauki w Warszawie.

Krew wielu zastosowań

W pojawiających się antysemickich oskarżeniach, ciało ofiary miało zazwyczaj ślady po nakłuciach. "Celem mordu miało być nie powtórzenie pasji Chrystusa, ale pozyskanie krwi. Ta krew miała być przeznaczona do różnego rodzaju celów np. dodawania jej do macy, czyli niekwaszonego chleba, wypiekanego na święto Pesach. Z punktu widzenia zasad żywienia było to jednak bezzasadne, bo kuchnia żydowska absolutnie zakazuje spożywania krwi. Mówiło się też o leczeniu krwią ran po obrzezaniu, przemywaniu nią oczu noworodków. Żydzi - podobnie jak wszelkie gorsze nacje np. Mazurzy, Mazowszanie - mieli rodzić się ślepi, przetarcie oczu krwią miało pomagać im otworzyć oczy" - mówiła historyk.

W wielu takich opowieściach dziecko do oprawców doprowadzał zły chrześcijanin, najczęściej kobieta. Miało to być memento dla kobiet, które służyły w rodzinach żydowskich i wchodziły w zbyt zażyłe kontakty ze swoimi pracodawcami. Rzekome morderstwo następowało najczęściej w czasie Wielkiego Tygodnia, a miała w nim uczestniczyć cała gmina żydowska.

Ciało ofiary miało być wrzucane do rzeki, ale w cudowny sposób samo wskazywało swoich oprawców. "Winowajcy próbują pozbyć się ciała ofiary, ale wbrew ich intencji - bardzo szybko zbrodnia wychodzi na jaw dzięki cudownym wydarzeniom. Dryfujące ciało zatrzymuje się przy domach żydowskich, zostaje wykopane przez zwierzęta czy cudownie odnalezione" - wyjaśnia dr Michałowska-Mycielska.

Często zresztą znalezienie ciała jest jedynym prawdziwym elementem tych historii. "Często zaczynało się od znalezienia ciała ofiary. Tymczasem ich śmierci były następstwem różnego rodzaju nieszczęśliwych wypadków np. ataków dzikich zwierząt. Znane też są przypadki, kiedy podczas procesu Żydów o zabicie dziecka znajdowało się ono całe i zdrowe" - relacjonuje badaczka.

Modelową opowieścią o mordzie rytualnym stała się XV-wieczna historia Szymona z Trydentu, którego obwołano błogosławionym. Trzyletni chłopiec zginął przed Wielkanocą. Jego ciało z ranami kłutymi znaleziono w rzece w pobliżu dzielnicy żydowskiej. Najbardziej znanym polskim oskarżeniem o mord rytualny jest zaś historia Gabriela Zabłudowskiego, późniejszego świętego Kościoła Prawosławnego.

Kult dziecka-męczennika

Gabriel Zabłudowski urodził się we wsi Zwierki w 1684 roku. Pewnego dnia matka zostawiła sześcioletniego chłopca samego w domu. "Na ten moment czekał oprawca, który wywiózł Gabriela do Białegostoku. Tam doszło do zbrodni i nakłuwania ciała chłopca dla pozyskania krwi. Po wszystkim ciało odwieziono do Zwierek i porzucono na skraju lasu. Straż miały przy nim pełnić dzikie psy, które obsiadły ciało chłopca nie dopuszczając do rozszarpania zwłok przez ptaki i dzikie zwierzęta. W dodatku wyły tak, że sprowadziły do ciała chłopca ludzi z wioski, m.in. rodziców Gabriela" - opisuje historyk.

Ciało Gabriela pochowano w Zwierkach na cmentarzu przy cerkwi. Jednak 30 lat po śmierci chłopca w miejscu tym zapanowała epidemia cholery. Przy grzebaniu kolejnych zmarłych, gdy naruszono grób Gabriela, okazało się, że zwłoki są nienaruszone. "Wydobyto je i wyeksponowano w cerkwi w Zwierkach, a epidemia cholery ustała" - przypomina legendę dr Michałowska-Mycielska.

Tak rozwinął się kult dziecka-męczennika. W połowie XVIII wieku po pożarze cerkwi w Zwierkach nienaruszone zwłoki przeniesiono do monastyru w Zabudowie, a później razem z procesją do Słucka. "To wszystko rozsławiło Zabłuckiego, którego w 1820 roku kanonizowano w rosyjskiej cerkwi prawosławnej" - mówi prelegentka. W roku 1992 sarkofag ze zwłokami Gabriela przewieziono z Grodna do Białegostoku i tutaj znajduje się do dzisiejszego dnia. Każdego roku w maju jest jednak przenoszony do Zwierek. W procesji z trumną uczestniczy wtedy blisko tysiąc osób.

"Tego rodzaju legendy były pożywką głównie dla niższego kleru. Wokół męczennika bardzo często wyrastał kult, relikwie stawały się przedmiotem czci, powstawało sanktuarium, przybywali pielgrzymi i procesje. Dla wyższego duchowieństwa sprawa była bardziej problematyczna. Papiestwo zachowało powściągliwość np. w sprawie Szymona z Trydentu. Legendy o mordach rytualnych pojawiały się przez wiek XIX, aż do początku wieku XX. Pogłoska o zabiciu chrześcijańskiego dziecka była jednym z motywów pogromu kieleckiego w 1946 roku" - podkreśliła historyk.


Wykład "Mord rytualny - długie życie legendy" dr hab. Anna Michałowska-Mycielska wygłosiła podczas XIX Festiwalu Nauki w Warszawie.