W każdej baśni – i w każdym dobrym filmie – bohater musi udać się w podróż. Władimir Propp, rosyjski językoznawca, w rozprawie o bajce magicznej „Morfologia bajki”, pisał, że porzucenie domu przez bohatera i wyruszenie w świat jest jedną z ważniejszych części opowiadanej historii. Od niej się wszystko zaczyna – cały proces dojrzewania. I nie chodzi tu o zwykłe poszukiwania gdzieś w pobliżu domu, jak choćby w baśni o dwunastu miesiącach, w której sierotka szukała fiołków czy poziomek. Chodzi o prawdziwą wyprawę, taką jaką odbyła np. Gerda w poszukiwaniu swojego przyjaciela Kaya w Andersenowskiej „Królowej śniegu” czy Głupi Jaś w „Koniku Garbusku” Piotra Jerszowa.

– Droga jest inicjacją, to w jej trakcie poznajemy samych siebie, prawdę o tym, kim jesteśmy – mówi prof. Wojciech Owczarski z Katedry Języka Polskiego Uniwersytetu Gdańskiego. I radzi zajrzeć do literatury, zaczynając od mitów, baśni, „Odysei” Homera, „Boskiej komedii” Dantego, a kończąc chociażby na „Podróży ludzi księgi” Olgi Tokarczuk.

 

Droga jest tu i teraz

Bohaterowie baśniowi zwykle ruszali w drogę, bo czegoś szukali: skarbu, księżniczki, smoka, lekarstwa na chorobę lub czegoś, co ich fascynowało – bez czego mogliby żyć, ale ich życie nie miałoby wtedy smaku. Jak Leśmanowska Parysada, która nie mogłaby żyć bez ptaka Bulbulezara. Ruszali też w drogę, bo ich z domu wypraszano, najczęściej robiła to zła macocha albo bieda.

W pewnym momencie bohater stawał na rozstaju dróg i zastanawiał się, którą wybrać. Pomagał mu w tym na przykład ptak, który swoim śpiewem dawał znak, że ta droga jest właściwsza. W realnym życiu rolę takiego drogowskazu odgrywa intuicja.

Kiedy stajemy na rozstaju, nie ma innego wyjścia, jak posłuchanie siebie. Dobre rady płynące z otoczenia bywają jak mapa, która nie pasuje do tej części świata, w której żyjemy, i mogą zwieść nas na manowce. Być może jednak wybór drogi nie ma wcale aż takiego znaczenia, jak nam się wydaje, bo każda – jeśli tylko zechcesz – doprowadzi cię do celu, do ciebie. Istotą każdej wędrówki jest przecież odkrywanie siebie we wciąż nowych odsłonach, budowanie własnej samoświadomości – mówi Beata Kaczyńska, coach i współzałożycielka Szkoły Coachingu WINGS.

No dobrze, ale jeżeli serce nie potrafi nam podpowiedzieć, którą drogę wybrać? Nie ma się co martwić. - Jeżeli serce nic nie mówi lub jest niepewne, trzeba pobyć ze swoim „nie wiem”. Na pewnych etapach nie jesteśmy w stanie racjonalnie zdefiniować, która z dróg życiowych jest właśnie nasza. Na poziomie racjonalnym jesteśmy w stanie jedynie dostarczyć sobie argumentów do rozważań: tak, ta droga jest dla nas najlepsza. Ale... to tylko część odpowiedzi. Bo sporo ludzi żyje z sensem, ba – nawet realizując swoje talenty, a jednak nie daje im to frajdy. Brakuje im w tym wszystkim przyjemności i radości. Nie idą za tym, co ich cieszy i bawi, co kochają, co nadaje lekkość istnieniu – mówi Beata Kaczyńska.

Zdaniem Joanny Chmury, psycholożki, psychoterapeutki i trenerki, na początku każdej drogi musimy być trochę jak Frodo z Tolkienowskiej sagi o drużynie pierścienia. Ten hobbit wiedział, że czeka go daleka droga, ale miał poczucie ogromnej odpowiedzialności i świadomość, że ma zadanie do wykonania.

– Jeśli myśl o tej drodze nas porusza, rozgrzewa, rozświetla, innymi słowy jeśli to, dokąd zmierzamy, jest dla nas ważne, czujemy, że to swego rodzaju powołanie, to to jest właściwa droga – uważa Joanna Chmura. – Poza tym rozwijanie w sobie sfery duchowości, niekoniecznie związanej z jakąś religią, daje zwiększone prawdopodobieństwo, że usłyszymy w nas głos powołania, a wtedy nie można „źle trafić”.


Błądzenie (skuteczne)

W „Sklepach cynamonowych” Brunona Schulza narrator gubi się w labiryncie ścieżek własnego domu. W wędrówce czasami się zdarza, że można trafić np. na... rondo. Wtedy wykonuje się „puste przebiegi”, które – gdy je przemierzamy – wydają się bezproduktywne. W końcu mogą się jednak okazać wartościowe. – Impas czemuś służy. Chodzenie w kółko daje czas do namysłu, o ile rzecz jasna zechcemy tak ów moment potraktować – mówi Beata Kaczyńska.

 – Niektórzy dotkliwie przeżywają stan impasu, bezruchu, braku decyzji. Tymczasem ważne jest, by podczas podróżowania – a zwłaszcza wtedy, gdy krążymy po rondzie – po prostu zatrzymać się i zapytać siebie: jak mi się podróżuje? Czy o taką podróż mi chodziło? Czy gdybym miał wystartować raz jeszcze, obrałbym ten sam kierunek? Na co zwraca moją uwagę ten moment w podróży? O czym to lekcja? Można to potraktować jak zwykłą przerwę: usiąść na ławeczce na przystanku PKS, zjeść bułkę z masłem, napić się kawy i odetchnąć. Jeśli wówczas potwierdzimy słuszność swych podróżniczych decyzji – doskonale! Jeśli nie – może zechcemy coś zmienić. Pauza nie jest tożsama ze stagnacja. Może dawać wytchnienie i zapraszać do rozsmakowania się w uważnym byciu.

Czasami ludzie podróżują, nosząc ze sobą ciężary – bagaże, które spowalniają wędrówkę lub nawet ją uniemożliwiają.

– Moi klienci mówią mi czasem: „Idę, idę, ale tak mi niewygodnie”. Co zabierają niepotrzebnego ze sobą? Np. nieużyteczne i szkodliwe postrzeganie swojej przeszłości. Kiedy myślą o niej jak o niekończącej się traumie, to zapewne będą mieli ciężkie wędrowanie – mówi Beata Kaczyńska.

- Mogą też dźwigać sobą przekonania, które ich hamują, np. „Istnieje tylko jedna droga do szczęścia”, Kobietom czy mężczyznom nie wolno wędrować takimi ścieżkami…”, „Skoro już raz wybrałem drogę, to muszę się jej trzymać”, „Chłopaki nie płaczą…”. Dobrze jest się ich pozbyć przed wyruszeniem w drogę lub w jej trakcie.

 

Pomocnicy i donatorzy

Kto nam może w drodze pomóc? W baśniach mamy wielu pomocników. Pamiętajmy, że Frodo, a wcześniej Bilbo także nie szli z misją sami, tylko w zacnym towarzystwie. Mamy także tych, których Władimir Propp nazywa „donatorami”: istoty, które obdarzają bohatera jakąś mocą, np. dają mu czapkę niewidkę albo obdarzają zdolnością widzenia na dużą odległość. Sztuką jest iść samemu, ale sztuką jest także skorzystać z pomocnych dłoni. Joanna Chmura mówi:

– Zdarza się, że wpadamy w pułapkę: nie chcemy pomocy, bo do tej pory dawaliśmy sobie radę. Ale zastosowanie rozwiązań z etapu sprzed podróży nie ma sensu, bo one działały w tamtych okolicznościach, a teraz wcale nie muszą. Etap uczenia się w nowym świecie jest konieczny: aby nauczyć się, trzeba często poprosić o pomoc, o wiedzę kogoś z zewnątrz. I nie należy martwić się tym, że to może uderzyć w ego („Bo przecież w tamtych warunkach potrafiłam, a teraz nie potrafię”).

Warto otworzyć się na nowe, inne, nieznane i niepewne, a potem pogodzić się z tym, że nasza tęsknota, by „coś było na pewno”, może nie być zrealizowana. Ważna jest świadomość siebie, gotowość do przyznania się do niewiedzy – świadomość tego, w czym jest się dobrym, a w czym nie. Warto też przyznać się przed sobą (i przed innymi) do strachu czy niepokoju. Wtedy jest większa szansa, że ktoś przyjdzie nam z pomocą, bo zobaczy, że jej potrzebujemy, niż w sytuacji, kiedy będziemy zgrywać twardziela.

Można metaforycznie powiedzieć, że tym, w co wyposażyli nas donatorzy (rodzice, przyjaciele, przeszłość bogata w doświadczenia), powinny być wartości. Jak podkreśla Joanna Chmura, chodzi o świadomość tego, co dla każdego z nas jest ważne i dlaczego wyruszamy właśnie w tę a nie inną podróż. Bo kiedy będzie trudno i ciężko, to z pewnością pojawi się pokusa, żeby zawrócić i w takim momencie warto sobie przypomnieć, co jest dla nas najważniejsze. Wtedy dużo łatwiej znieść trudy i kontynuować podróż. Dobrze jest też mieć wyrozumiałość dla siebie.

 – Bądźmy dla siebie wsparciem, a nie katem – radzi Joanna Chmura. – Oznacza to między innymi, żeby monolog wewnętrzny, który codziennie ze sobą prowadzimy, był zanurzony w łagodności. Kiedy będzie dominować krytyka i ocena, to trudniej podejmować ryzyko i uruchamiać odwagę. Kiedy jest więcej uczciwej wyrozumiałości, chętniej podejmujemy ryzyko, robimy coś po raz pierwszy czy sięgamy po nowe, bo mniej się boimy samych siebie.

 

Zaciekawiaj się tym, co poza drogą

Wędrując, dobrze jest zaciekawiać się tym, co widzimy poza drogą. Jak Czerwony Kapturek, który oglądał ptaki i kwiaty w drodze do domu babci. Albo Szewczyk Dratewka, który spostrzegł mrowisko rozkopane przez niedźwiedzia i pomógł mrówkom je naprawić. Pomógł także pszczołom w odbudowaniu zniszczonej pasieki, a z dzikimi kaczkami podzielił się chlebem. Jak wiemy z dalszej części baśni, wszystkie te istoty odpłaciły mu z nawiązką to, co dla nich zrobił.

Ale można także zaciekawić się bezdrożem. – Warto siebie zapytać: a może moją drogą jest bezdroże, choć nikt mi bliski jeszcze tamtędy nie chodził? – pyta Beata Kaczyńska. – Może w mojej rodzinie nikt nie kończył studiów albo się nie przeprowadził z miasta do miasta, poszukując innych perspektyw pracy? Może nie było rozwodów, dalekich wypraw w nieznane? Nie chodzi tu tylko o to, by być pierwszym, który eksploruje nowe trasy. Bywa, że w tym, co dziś jest dla ciebie „nie do pomyślenia”, mieści się odpowiedź na wiele pytań, które sobie stawiasz. W bezdrożu czeka na ciebie twój szlak.


Na co mam teraz ochotę?

Co robić, jeżeli droga kosztuje nas zbyt dużo? Najlepiej nie traktować tego jako dyshonor i nie bać się przyznawać do porażek. Ludzie raczej unikają opowiadania o swoich błędach. Zwykle zamykają swoje doświadczenia z drogi jednym zdaniem: „Było ciężko, ale się udało”.

– Mówiąc o porażkach, zgadzamy się na mówienie o rzeczach trudnych, momentach, w których popełniamy błędy, w których nie wiemy, gdzie iść, w których zachowujemy się tak, jak nie powinniśmy – mówi Joanna Chmura. – A żyjemy w świecie, w którym szalenie wysoko ceni się pewność, sukcesy, odwagę rozumianą jako brak strachu. Chcemy być lubiani, akceptowani, a ujawnianie trudów naraża nasz idealny obraz na rysy – wtedy pojawia się niepokój, czy ktoś wiedząc o mnie to, że się bałem, nie umiałem, nie rozumiałem, źle wybrałem – nadal będzie mnie akceptował.

Myślimy, że świat chce nas idealnych, bez skazy, więc na wszelkie sposoby próbujemy mu to dać. Tyle że to nie jest prawda, bo każdy popełnia błędy, a ukrywanie, że jest inaczej, dużo nas kosztuje. Ale droga wcale nie musi być ciężka i kamienista. Może być także przyjemna i do tego także warto się przyznać. Powiedzieć: „było mi dobrze, dało mi to ogromną satysfakcję”.

– Są przecież różne etapy drogi: bywa i tak, że brniemy na kolanach w pocie i krwi. Ale sam ten stan nie czyni drogi wartościową – podsumowuje Beata Kaczyńska. – Wartościowe jest to, co sami za takie uznamy. Pułapką jest budowanie sukcesu życiowego na kryterium wysiłku – wtedy bagatelizujemy i umniejszamy to, co przychodzi nam lekko, łatwo, naturalnie.

– Bywa, że decydujemy się zawrócić z drogi lub zmienić trasę. Nie warto wówczas rozpaczać nad straconym czasem,  niepotrzebnym wysiłkiem, chybionymi inwestycjami. Bardziej użyteczne jest wówczas pytanie: „na co mam teraz ochotę?”. Nawet nie: „czego chcę?”, ale właśnie: „na co mam ochotę?”. Bo w „ochocie” ukryta jest radość, czar ekscytacji. Drogi, które zdają się oczywiste, wcale nie muszą być tymi, na które ma się prawdziwą chrapkę – mówi Beata Kaczyńska.

Jeżeli nie wybierzemy drogi, na którą mamy ochotę, życie pewnego dnia po prostu zaprosi nas: „poszukaj  innej”. Nie sposób bowiem wędrować wyłącznie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Choćby doraźnie dawał satysfakcję. W wędrowaniu potrzebna jest nuta radości.

Stąd w baśniach wędrowcy grają na fujarkach, okarynie albo przynajmniej słuchają śpiewu ptaków. A w filmie „Easy Rider” słuchają także Steppenwolfa i Jimiego Hendrixa.

 

Co z tym celem?

W pięknym poemacie Bolesława Leśmiania „Dziewczyna” dwunastu braci rozbija młotami twardy mur, zza którego słyszą głos dziewczyny. Wyobrażają sobie, jak ona wygląda, i z trudem, ale dzielnie zmierzają do celu. Niestety, kiedy rozbijają mur, nie znajdują za nim nikogo: „Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!/Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu!”.

Bywa więc i tak, że szliśmy dobrą drogą, doszliśmy do celu, ale okazało się, że to nie jest ten cel. Albo cel został osiągnięty, ale nie cieszy.

– Dla wielu osób jest to zaskakująco smutny i pusty moment. Okazuje się, że dotąd napędzało ich samo dążenie. Nie żyli drogą, jej bogactwem i niespodziankami, tylko usilnym dążeniem do celu. Nie cieszyli się z kamyków, kwiatków, fujareczek, spotkań, bo wszystko to było w ich świadomości zaledwie narzędziem do osiągnięcia celu – mówi Beata Kaczyńska. – Nie gromadzili wspomnień, nie smakowali doświadczeń. Kiedy osiągnęli cel, spostrzegli, że poza nim nic nie mają. Jeżeli w dodatku nie umieją celebrować sukcesu, mogą odczuć dojmującą pustkę.

Można też nie mieć celu. Bo być może najważniejsza jest fascynacja drogą! – Jeżeli świadome podróżowanie w poszukiwaniu prawdziwego siebie uznać za cel sam w sobie, to myślę, że ten powód jest wystarczający, aby mieć dobre i wartościowe życie – uważa Beata Kaczyńska.

Świat, w którym żyjemy, często demonizuje posiadanie celu i ustawia na gorszej pozycji tych, którzy nie wstydzą się przyznać, że w danym momencie swej drogi celu nie mają.  Tymczasem niech nie będzie nam głupio, jeżeli na pytanie o cel odpowiemy po prostu, że jest nim... życie.

– Cel stał się pułapką, bo jesteśmy z niego rozliczani. W obiegowej opinii jeżeli ktoś nie ma celu, to jest mniej wartościowy – mówi Beata Kaczyńska. – Dla mnie wyzwaniem jest uważna obecność w chwili, która trwa; bycie w momencie, który się właśnie dzieje. To on – w pełni i z zaciekawieniem przeżyty – może nam zaproponować kolejny krok na życiowej drodze. Nie w przeszłości i nie w przyszłości – których przecież nie ma! – a tylko tu i teraz jesteś w stanie skorzystać w pełni ze swojego potencjału. Czasem jest to proste, czasem wymaga wysiłku, niemniej – jest możliwe.

W demonizowaniu celu czai się nuta opresji. Dla jednych podobno jest motywująca, innych przeraża lub złości. Sugeruje, że jeżeli nie osiągniesz celu, to cały twój wysiłek jest na nic. Takie podejście deprecjonuje wartość pracy nad sobą, sens podejmowania wysiłków i starań.

– Najgorsza jest stagnacja. Dlatego „Proces” Kafki wywołuje w nas takie mocne uczucia. Człowiek jest stworzony do ruchu. Wędrówka czasem może prowadzić do  zaskakującego wniosku: „a może nie jesteśmy jedną osobowością, może jesteśmy wiązką przypadkowych siebie?

Tak jak w książce „Bieguny” Olgi Tokarczuk – mówi prof. Wojciech Owczarski. Miłego wędrowania!