Cała sytuacja jest niesamowita. Komu zależało na tym, byśmy odpadli?” – pytał retorycznie Leo Beenhakker po meczu z Austrią. Karny, za którego nawet premier Donald Tusk chciał zabić sędziego Howarda Webba, podyktowany już w doliczonym czasie gry, nie był może decydujący dla układu drużyn w tabeli, ale zamordował morale polskich piłkarzy, trenera i kibiców. Po sztylecie wbitym nam w plecy przez angielskiego arbitra Beenhakker uczciwie przyznał, że nie wierzy w awans polskiej drużyny do ćwierćfinałów. Nie pomylił się nic a nic, co dobrze świadczy o jego zdolności rozumienia mechanizmów spiskowych, wymierzonych w naszych reprezentantów.

ODSIECZ Z OLIMPU


Antypolska postawa sędziego Webba jest oczywista w świetle wydarzeń sprzed 35 lat. 6 czerwca 1973 roku na Stadionie Śląskim rozgrywaliśmy mecz eliminacyjny do mistrzostw świata w RFN. Nasza drużyna wygrała ten mecz 2:0, ale straciła zawodnika wszech czasów – Włodzimierza Lubańskiego, brutalnie sfaulowanego przez Roya McFarlanda. Anglik nie dostał czerwonej kartki, a połamany Lubański na dwa lata w ogóle znikł z boiska. Mecz sędziował Paul Schiller z Austrii. Zadziwiająca symetria zdarzeń?

Spisek nabrał kształtu, gdy – wbrew wszystkiemu – zakwalifikowaliśmy się do turnieju w RFN. Rewelacyjnie grająca polska drużyna była bardzo bliska zdobycia tytułu mistrza świata. Aby wystąpić w finale, musiała pokonać zespół gospodarzy, którzy przed meczem mieli tyle samo punktów, ale lepszy stosunek bramek. Niemców urządzał remis, więc w ich interesie było, by warunki na boisku sprzyjały grze obronnej, nie zaś ofensywnej. Przed meczem z Polską trzęśli portkami, musieli się więc jakoś zabezpieczyć. I zabezpieczyli aż na trzy fronty.

– Zrobili jedną rzecz nie fair – mówi Jan Tomaszewski. – Przecież nie może tak być, że sędzia meczu, w którym grają Niemcy, mówi po niemiecku! – wspomina nasz najlepszy bramkarz. Dziwnym trafem bowiem mecz sędziował Erich Linemayr, Austriak pełną gębą. Po drugie Niemcy najwyraźniej dogadali się z samym Zeusem. Gromowładny załatwił, że 3 lipca we Frankfurcie nad Menem doszło do potwornego oberwania chmury. Boisko zamieniło się w jezioro. Stadionowe służby dla zachowania pozorów zabrały się co prawda za odsączanie i osuszanie dziwacznymi maszynami, przypominającymi ręczne walce drogowe, ale nie na wiele się to zdało.

Kazimierz Górski opowiadał w wywiadach, że przed meczem do sędziego podeszli Sir Stanley Rous, przewodniczący FIFA, i prezes niemieckiego związku Hermann Neuberger, organizator mistrzostw. – Po co Rous i Neuberger poszli do sędziego? Przywitać się? – pytał retorycznie Górski. I Linemayr zarządził, że grać można. Piłka lecąca do bramki zatrzymywała się w wodzie, uniemożliwiając sprawny atak. Polacy się odsłonili i w końcu przegrali 0:1.

Po trzecie, w meczu nie mógł wystąpić Andrzej Szarmach, co istotnie osłabiło polski atak. Dlaczego Szarmach nie zagrał? Bo trzy dni wcześniej, podczas meczu z Jugosławią, został brutalnie sfaulowany przez Josipa Katalińskiego. Co prawda dostaliśmy rzut karny, ale Szarmacha trzeba było znieść z boiska. Kataliński nie tylko nie dostał czerwonej kartki, ale w tym samym roku został w Jugosławii piłkarzem roku, a rok później wyjechał grać w lidze francuskiej. Nie trzeba chyba dodawać, że mecz sędziował Niemiec z NRD Rudi Glöckner.

Przypadek? Dwa lata później, w ćwierćfinałowej fazie mistrzostw Europy, w Cardiff Walijczycy podejmowali Jugosłowian. Mecz, który sędziował ten sam Glöckner, zakończył się remisem 1:1, promującym Jugosławię. Bramkę strzelił... Kataliński, i to z karnego! Glöcknera z boiska musiała eskortować policja, bo rozwścieczona walijska publiczność chciała go zabić.

SPISEK KUCHARZY