Czarodziejski krąg zawiedźmy wkoło kotła, wrzućmy doń zbójczych jadów pełną dłoń. [...] Bagnistego węża szczęka niech w ukropie tym rozmięka; żabie oko, łapki jeża, psi pysk i puch nietoperza [...] Dalej! Żwawo! Hasa! Hej! Buchaj, ogniu! kotle wrzej! Wiedźmy szykujące się do tradycyjnych rytuałów opisywał w „Makbecie” William Szekspir. Według legend ich imprezy były znacznie bardziej przerażające i odrażające. Jak na obrazie „Sabat czarownic” hiszpańskiego malarza nadwornego Francisca Goi.

Spotkania czarownic i demonów odbywały się najczęściej w noc Walpurgii na trudno dostępnych szczytach gór. Goście zlatywali się na miotłach, kozłach i łopatach. Wśród dzikich wrzasków i śmiechów oddawali się zabawie. W średniowieczu uważano, że czarownice urządzały wtedy szalone orgie z diabłem pod postacią kozła z ogromnym przyrodzeniem. Obraz wiedźmy siedzącej okrakiem na miotle to nic innego, jak nawiązanie do kultu fallicznego. Właśnie dlatego Marcin Luter nazywał czarownice dziwkami diabła i posyłał na stos.

Kozioł-Bahomet, symbol rozpusty i zapowiedź nieszczęścia, to główny bohater dzieła Goi. Artysta często malował wampiry, demony, chochliki i stworzenia fantastyczne, ale Bahomet ma w jego twórczości specjalne znaczenie. Święta Inkwizycja uważała, że był czczony przez templariuszy. Według masońskiej legendy statuę z jego wizerunkiem templariuszom podarował sam „Wielki Budowniczy Świata”. Potem tradycję przejęli masoni, do których miał należeć właśnie Goya (choć dowodów brak). Co do jego antyklerykalnego mistycyzmu, zainteresowania ezoteryką, tym, co tajemnicze i makabryczne – nie ma dziś wątpliwości.

Na obrazie „Sabat czarownic” między wiedźmami walają się ciała martwych dzieci. Luter oskarżał wiedźmy także o ich maltretowanie, okradanie z mleka i mordowanie. Dla Goi śmierć dzieci była niemal na porządku dziennym – sam miał ich pięcioro, przeżyło tylko jedno: syn Javier. Wiedział więc, jak wygląda ciało konającego dziecka i potrafił ten widok przekonująco oddać na płótnie. Jednak obsesyjnie bał się śmierci, zła i demonów. Nie bez powodu cykl swoich makabrycznych rycin nazwał „Kiedy rozum śpi, budzą się upiory”.

KRÓLEWSKI NIEWOLNIK

Francisco Goya (1746–1828), zanim został nadwornym malarzem, fachu uczył się m.in. u polskiego malarza Tadeusza Kuntze-Konicza, zwanego Taddeo Pollacco. Potem na zlecenie króla projektował gobeliny. Nie znosił tego – uważał, że takie zajęcie nie przystoi nadwornemu malarzowi i że marnuje talent na głupstwa. Ale nie miał wyboru – rozkaz to rozkaz. W 1792 roku ciężka choroba, podczas której stracił słuch, uwolniła go od wpływów króla. Niektórzy uważają, że głuchotę zrekompensowało wyostrzenie wzroku.