Brytyjska organizacja konsumencka Which? zajęła się czystością biur. Badania przyniosły zaskakujący efekt, tym bardziej, że organizacja przeprowadziła je we własnym lokum. Okazało się, że, gdy przestrzeń biurowa jest w miarę czysta i spełnia standardy higieny, to są w niej wyspy prawdziwej zgnilizny, gdzie czają się najgroźniejsze epidemie. To klawiatury komputerowe. W czasie pracy gromadzą się na nich resztki substancji organicznych takich, jak łój i pot. Do środka spada złuszczony naskórek, sypią się włosy, kapie ślina, szczególnie intensywnie podczas kaszlu. Wtedy też na klawiaturę spada śluz. Podczas jedzenia między klawisze lecą okruchy jedzenia. Spadają krople słodkich, gazowanych napojów lub nasyconej zagęszczonym, słodkim mlekiem kawy. Wszystko to jest doskonałą pożywką dla mikrobów.
Mikrobiolog z University College London Hospital, dr Peter Wilson, na życzenie organizacji przebadał dokładniej klawiatury. Jedna z nich została natychmiast zabrana na kwarantannę i dezynfekcję - normy bakterii przekroczone w niej były 150 razy. To pięć razy więcej niż w klozecie badanym pod względem obecności bakterii chorobotwórczych w tym samym czasie. Mikrobiolog szukał szczególnie zjadliwych mikrobów, jak Escherichia coli czy gronkowiec złocisty. I znalazł je w ogromnej liczbie.
Organizacja Which? doszła szybko do wniosku, że winne jest zbyt rzadkie czyszczenie klawiatur. Dziesięć procent badanych stwierdziło, że nie dezynfekuje ich nigdy. Połowa czyści go rzadziej niż raz w miesiącu. 20 procent zapytanych nigdy nie wyczyściło komputerowej myszy. h.k.