Swoje podróże opisuje na blogu PlanetKiwi, prowadzonym zarówno w języku polskim, jak i angielskim. 24 maja 2017 r. ukazała się rozszerzona edycja jego książki „Dziennik łowcy przygód. Extremalne Borneo”, w której opisuje jedną ze swoich licznych egzotycznych wypraw. W wywiadzie młody obieżyświat opowiada między innymi o najciekawszych przygodach na Borneo, nauce języków obcych i planach na przyszłość.

Swoje egzotyczne wyprawy zacząłeś, kiedy miałeś zaledwie półtora roku - objechałeś z rodzicami Tajlandię, Malezję i Singapur, ale domyślam się, że raczej nie pamiętasz tej podróży. Jak zatem wspominasz swoje pierwsze świadome podróże i wędrówki?

Pierwsza wyprawa to rzeczywiście była Tajlandia – Malezja – Singapur. Ale wtedy miałem tylko 1,5 roku, więc pamiętam ją tylko z opowiadań rodziców i ze zdjęć. Za to pierwsze moje wrażenie z podróży, które pamiętam bardzo dokładnie, to atak rozwścieczonego byka w Wietnamie. Miałem wtedy 3 latka i była to moja pierwsza naprawdę hardcorowa podróż. Szliśmy sobie na taki trekking przez dżunglę i wioski, z przewodnikiem. Doszliśmy do małej polanki, gdzie zobaczyliśmy wielkiego bawolego byka, czyli takiego byka z dziwnymi kręconymi rogami, stojącego przy czyimś domu. Podeszliśmy, żeby zrobić mu zdjęcia. On był przywiązany linką do drzewa. To znaczy miał ją przewleczoną przez kółko w nosie. Doszliśmy do niego, mama i siostra zaczęły robić zdjęcia, a my już wolno zaczęliśmy odchodzić. Nagle Ala (moja siostra) krzyknęła, że on machnął łbem i chyba zerwał linę. W tej samej chwili zobaczyliśmy, że byk wpadł na polanę, na której staliśmy, opuścił łeb wystawiając rogi i zaczął kopać w ziemię nogą normalnie jak na kreskówkach! Dosłownie po sekundzie ruszył i zaczął na nas pędzić!!! Tata złapał mnie i mojego przyjaciela pod pachę i uciekliśmy do starego opuszczonego domu. Moja siostra i mama uciekły w kłujące krzaki i całe się poraniły. Tylko nasz przewodnik stał naprzeciwko byka, który na niego szarżował jak podczas corridy. Przewodnik stał nieruchomo i dopiero, kiedy byk był już bardzo blisko, wtedy się uchylił. Byk nie mógł już wyhamować i wpadł do zagrody. To była jedna z najbardziej przerażających historii w moim życiu! Potem jak już wszyscy przybiegli do tego pustego domu, to tak nam się trzęsły ręce, że nie mogłem się nawet napić wody! Mam taką zakładkę na swoim blogu, gdzie opisuję mrożące krew w żyłach przygody (tak zwane scary stories) i przygoda z bykiem jest najstraszniejsza – ma sześć czaszek, czyli kategorię Petrificus totalus.  

„Dziennik łowcy przygód: Extremalne Borneo” to opis twojej niesamowitej podróży do kraju świecącego morza, nosaczy i dzioborożców. Co najbardziej zafascynowało cię podczas pobytu na Borneo?

Myślę, że jednym z najbardziej fascynujących przeżyć był 7-dniowy trekking w dżungli, w którego trakcie mieliśmy wiele mrożących krew w żyłach przeżyć, takich jak spotkanie  z jadowitym wężem, wielgachnym pająkiem, słodką modliszką czy zgubienie się w dżungli nie mając mapy ani GPS-a. Trekking był (zaskakująco) wyzwaniem. Myśleliśmy, że kiedy idzie się przez dżunglę, to jest to dosyć prosta droga, a pod nogami ma się solidny grunt, ale tak nie jest. Nie dość, że szliśmy góra-dół, góra-dół, to jeszcze było tam tak dużo liści, że zapadaliśmy się po kolana. Do tego podłoże jest mokre, a więc bardzo śliskie, także nieraz po prostu zjeżdżaliśmy na pupach. Dla mnie genialnym przeżyciem było też rozbijanie obozu w dżungli i spanie w namiocie. To znaczy nawet trudno powiedzieć, że był to namiot. Mr Jungle (tak nazywaliśmy naszego przewodnika) miał dwie płachty, z których jedna służyła jako dach, a druga jako podłoga, ale przynajmniej nie kapało nam na nosy. Co prawda rano czasem trudno było się ruszyć, bo tak bolały plecy od kamieni, ale mnie się bardzo podobało. Tam też piłem wodę z rzeki, którą filtrowaliśmy specjalnymi przyrządami, żeby zabić wszystkie wirusy, pierwotniaki i bakterie. Generalnie była to megaprzygoda!