Było lato. A raczej, powinno być. Jednak rok 1816 wszedł do historii jako jeden z najbardziej niezwykłych. Nazwano go „rokiem bez lata”. Dlaczego? Przyczyną była eksplozja wulkanu Tambora w kwietniu 1815 r. w dalekiej – wydawałoby się – Indonezji. Jak silny był to wybuch? Wulkanolodzy szacują, że wyrzucił w powietrze około 160 km3 lawy, pyłu i popiołu. Niemal 40 razy więcej niż Wezuwiusz, gdy zniszczył Pompeje. I ponad dwa razy więcej niż wulkan na Therze, który przyniósł zagładę cywilizacji minojskiej i dał początek mitowi o Atlantydzie.

W eksplozji Tambory zginęło sto tysięcy okolicznych mieszkańców. Zabił ich ogień, popiół i fale tsunami, powstałego po wstrząsach. Ale to nie wszystko. Efekty kataklizmu dotknęły całą planetę. W ziemskiej atmosferze pełno było wulkanicznych pyłów, utrudniających promieniom słońca dotarcie do powierzchni ziemi. Nic dziwnego, że na półkuli północnej jeszcze wiosną 1816 r. zdarzały się mrozy, a latem padał śnieg. Mnożyły się powodzie. W Polsce po gigantycznych burzach, ulewach i gradobiciach okolice Krakowa zalała Wisła. Europę dotknęła klęska nieurodzaju, szerzyły się głód i choroby. Doszło do zamieszek. Także w Szwajcarii, gdzie w należącej do Byrona willi bawiła artystyczna bohema, w tym Mary Shelley i jej kochanek. Pogodowe anomalie, szalejące temperatury i dni bez słońca zafascynowały artystów na całym kontynencie. Bardzo prawdopodobne, że zainspirowały niektóre płótna Williama Turnera. Podobnie jak czerwonawe niebo po dużo mniejszym wybuchu Krakatau w 1883 r. przyczyniło się do powstania jednego z najsłynniejszych obrazów świata – „Krzyku” Edwarda Muncha.

W 1816 r. w willi Diodati nad Jeziorem Genewskim artyści też nie tracili czasu. Byron stworzył apokaliptyczny poemat, nie bez kozery zatytułowany „Ciemność”. A pewnego wieczora zaproponował gościom konkurs na najbardziej przerażające opowiadanie. Tak narodził się „Frankenstein” Mary Shelley, wydany w całości w 1818 r. Jednak zakazana miłość i mroczny „rok bez lata” to za mało, żeby wytłumaczyć fenomen zaskakującego, ponadczasowego dzieła dziewiętnastolatki. Autorka twierdziła, że pomysł na powieść przyszedł jej we śnie o szalonym naukowcu, który tchnął życie w martwą materię. Nie wyjawiła jednak, że zawarła w niej także to, co sama przeszła, przeczytała i usłyszała. W tym tajemnicę prawdziwego Frankensteina.