SEKRET DRUGI: TECHNOTHRILLER Z XIX W.

Powieściowe monstrum powstało z pozszywanych kawałków zwłok. Czy to w ogóle możliwe? Czy można w jakikolwiek sposób „poskładać” nowe ciało ze szczątków innych ludzi? Lub choćby przeszczepić większą ilość organów umierającemu człowiekowi?

Już od stuleci próbowano transplantacji, ale próby takie skazane były na niepowodzenie. Przełom nastąpił dopiero w XX w. – Transplantacja zaczęła żyć nowym życiem, gdy wymyślono leki immunosupresyjne, przeciwdziałające odrzutowi przeszczepianych organów – mówi Krzysztof A. Pijarowski, wiceprezes Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej i szef stowarzyszenia „Życie po przeszczepie”. Jak zapewnia, nawet teraz medycyna ma jednak swoje ograniczenia, zarówno etyczne, jak i techniczne. – Są oczywiście przeszczepy wielonarządowe, ale wówczas organy bierze się od jednego dawcy, aby zmniejszyć ryzyko odrzutu. To, że można przyszyć komuś kończynę, nie znaczy jednak, że można przeszczepić cztery kończyny – wyjaśnia Pijarowski.

Tym bardziej za życia Mary Shelley coś takiego było technicznie niewykonalne. Co nie znaczy, że ówcześni szaleni naukowcy nie mogli o tym marzyć. Jak jednak ożywić martwe ciało? Wbrew pozorom, w samej książce nie ma o tym ani słowa. Wiktor Frankenstein, twórca monstrum, nie wyjawia na kartach powieści swej tajemniczej metody. Całe szczęście, wystarczy zajrzeć do przedmowy autorki do wydania z 1831 r. Wspomina w niej o eksperymentach przyrodnika i poety Erazma Darwina (dziadka sławnego Karola), o których dyskutowało towarzystwo w willi Diodati. Umieścił on rzekomo w słoju kawałek makaronu wermiszel i ożywił go przy pomocy jakichś „niezwykłych metod”. Jakich? Shelley sugeruje, że chodziło o „galwanizm”, czyli energię elektryczną. „Może także martwe ciała da się ożywić?” – zastanawiała się autorka w przedmowie.