Skąd taka wiara w potęgę elektryczności? Już w czasach starożytnych stosowano elektroterapię, wykorzystując m.in. węgorze i drętwy. Miały leczyć pacjentów z podagry i bólów głowy. Przełom XVIII i XIX w. to okres, w którym naukowcy byli elektrycznością jeszcze bardziej zafascynowani. Termin „galwanizm” powstał od nazwiska słynnego włoskiego badacza Luigiego Galvaniego. Podczas jego eksperymentów można było zobaczyć, jak udka martwych żab kurczyły się pod wpływem impulsu elektrycznego, niczym żywe. W niejednej głowie mógł zrodzić się pomysł, aby płazy zastąpić ludźmi...

Zdarzały się nawet konkretne próby. I to na osobie, która szczególnie interesowała Mary – Harriet Shelley, żonie Percy’ego. W 1816 r. porzucona przez męża, ciężarna kobieta utopiła się w jeziorku w londyńskim Hyde Parku. Próbowano ją ratować przy pomocy sztucznego oddychania i... impulsów elektrycznych. Bez powodzenia. Percy długo nie rozpaczał. Już kilka tygodni później poślubił kochankę. Dla Mary śmierć Harriet była kolejnym dramatycznym wydarzeniem w ciągu zaledwie 2 lat. Najpierw zmarło pierwsze dziecko jej i Percy’ego. Potem samobójstwo popełniła przyrodnia siostra Fanny.

Mary śniła o swej martwej córeczce, która ożywa, rozcierana i ogrzewana przy ogniu. Jednak rzeczywistość nie była tak piękna. Stawała się koszmarna. Zaś w umyśle Mary konsolidowała się wizja ciała, przywracanego do życia przez genialnego naukowca.

Był ktoś, kto zasłynął z dokonania czegoś podobnego – angielski naukowiec Andrew Crosse. Oddziałując elektrycznością na mieszankę krzemianu potasu, chlorowodoru i tlenku żelaza, zobaczył, jak „znikąd” pojawiły się w niej roztocza. Jakby powołał nowe życie z martwej materii! Choć wyniki tych badań zakwestionowano, Crosse wydawałby się idealnym kandydatem na pierwowzór Wiktora Frankensteina. Cały szkopuł w tym, że odkrycia dokonał prawie 20 lat po publikacji powieści Mary Shelley. Ale i wykreślić go z listy „podejrzanych” nie jest łatwo. W 1815 r. Crosse mieszkał niedaleko Mary i Percy’ego. Czy miał laboratorium, które mógł pokazać sąsiadom? Z pewnością. Zarówno w jego biografii autorstwa żony, jak i pochodzącej z 1814 r. książki „Elementy elektryczności i elektrochemii” G. J. Singera znajdujemy informację, że Crosse przeprowadzał wówczas eksperymenty. Czy zelektryzowały one Shelley? Bardzo możliwe.

Ale na pewno nie brakowało jej innych inspiracji. Również pozanaukowych. Uwielbiała bowiem słuchać opowieści z dreszczykiem. Wiadomo, że w willi Diodati Shelleyowie i reszta towarzystwa ubarwiali sobie wieczory czytaniem niemieckich historyjek o duchach. Skoro sięgali po opowieści z tej części Europy, to może mieli też okazję poznać żydowską legendę o Golemie – człekopodobnej istocie z gliny, która ożyła pod wpływem kabalistycznych zaklęć, a następnie się zbuntowała. Jednak w tej najbardziej znanej, „praskiej” wersji po raz pierwszy ukazała się ona drukiem kilkadziesiąt lat po „Frankensteinie”. Trudno podejrzewać, żeby goście Byrona dowiedzieli się o niej w innej formie, choć całkowicie nie da się tego wykluczyć. Tylko na ile Golem mógłby zainspirować Shelley? Według legendy został on ulepiony z gliny. Był magicznym powtórzeniem boskiej kreacji z Księgi Rodzaju. Także grecki Prometeusz, do którego odwołuje się w tytule książki Shelley, miał stworzyć ludzi z gliny. Nie ożywił ich jednak zaklęciem, lecz iskrą, skradzioną od boga słońca – Heliosa. Autorka „Frankensteina” w oczywisty sposób nawiązała więc do mitów greckich i Biblii, do opowieści o stworzeniu i buncie człowieka. Golemem zatem, nawet jeśli jakimś cudem o nim słyszała, nie musiała się inspirować. Sięgnęła do starszej tradycji. Poza tym nie chciała tworzyć kolejnej opowieści, zahaczającej o magię, lecz o najnowsze zdobycze techniki wieku pary i elektryczności. To miał być rodzaj XIX-wiecznego technothrillera. Tym różniła się od pozostałych uczestników konkursu w willi Diodati. Warto zauważyć przy tym, że pisarz i lekarz John Polidori stworzył tam pierwszą romantyczną opowieść o wampirze. Te upiory krwiopijcy wzięły się zaś z greckich i słowiańskich przesądów. Skoro całe towarzystwo było tak zainteresowane środkowoeuropejskimi legendami, może dotarła też do ich uszu ciekawa historia, która miała miejsce 200 lat wcześniej w Ząbkowicach Śląskich? Miasto to nosiło wówczas nazwę... Frankenstein.