SEKRET TRZECI: DLACZEGO FRANKENSTEIN?

Nazwisko twórcy monstrum – Wiktora Frankensteina – oraz jego bezimienne stworzenie z czasem stopiły się w świadomości czytelników w jedno. Pozostaje jednak elektryzujące pytanie. Czy Mary Shelley wybrała nazwisko bohatera przez czysty przypadek? Polski ślad prowadzi do Ząbkowic Śląskich. Do 1945 r. nazywały się one Frankenstein. Było to nawiązanie do nazw dwóch sąsiednich miejscowości: Frankenberg i Loewenstein. Na początku XVII w. doszło w mieście do nie lada afery. Jej szczegóły przynosi kronika „Annales Frankostenenses”, augsburska gazeta „Newe Zeyttung” i kazania miejscowego pastora Samuela Heinnitza (skany tych źródeł można obejrzeć na stronie www.frankenstein.pl). W 1606 r. w mieście wybuchła epidemia dżumy, która wybiła ponad dwa tysiące osób. Władze przeprowadziły śledztwo, w którego wyniku aresztowano przestępczą szajkę, złożoną w większości z grabarzy. Wykopywali oni zwłoki i preparowali z nich „zatruty proszek”. Następnie posypywali nim drzwi, kołatki i progi domów, powodując rozprzestrzenianie się zarazy. Mieli na sumieniu także inne zbrodnie, w tym wycinanie z łon matek płodów oraz brutalny gwałt w kościele.

Kara była straszliwa. Jej opis przynosi gazeta „Newe Zeyttung”, na której ślad przypadkowo trafił krajoznawca Jerzy Organiściak. – Studiując kroniki miasta, natknąłem się na opis zarazy i jej konsekwencje. Napisałem wówczas do śp. Franza Toennigesa – niemieckiego historyka, dawnego mieszkańca Ząbkowic – który przesłał mi kopię czasopisma – opowiada. Utrzymana w sensacyjnym tonie relacja „Newe Zeyttung”, okraszona dosadnymi rycinami, mówiła o przypiekaniu i rozdzieraniu przestępców rozżarzonymi cęgami, odrywaniu kciuków i rąk, wyrwaniu jednemu z grabarzy członka oraz spaleniu kilku skazanych na stosie.

Do dziś w Ząbkowicach Śląskich krążą rozmaite opowieści, mogące mieć związek z tamtymi wydarzeniami. Władysław Grabski w książce „300 miast powróciło do Polski” przytacza legendę o potworze, żyjącym na miejscowym zamku i odpowiedzialnym za śmierć ponad dwóch tysięcy osób. Zastanawiające, że taka sama była liczba ofiar epidemii dżumy z 1606 r. Czyżby przestępcza szajka stopiła się w zbiorowej wyobraźni mieszkańców w jednoosobowego potwora? Już pastor Heinnitz pisał w swoich kazaniach o metaforycznym „diabelskim łowcy” – spersonifikowanym złu, które opanowało miasto podczas zarazy.