NIEPOKOJE PRZYSZŁOŚCI

Mary Shelley zmarła, prawdopodobnie na raka, w 1851 r. Przy jej boku nie było Percy’ego. 29 lat wcześniej utonął u wybrzeży Włoch. Inne sławy z willi Diodati także nie odeszły z tego świata spokojnie. Miłośnik trucizn, „ząbkowicki łącznik” John Polidori zmarł w 1821 r., najprawdopodobniej po zażyciu kwasu pruskiego. Król poetów lord Byron zgasł w 1824 r., walcząc o wolność Grecji.

„Gdybym tylko mogła napisać opowiadanie, które przestraszy czytelników tak bardzo jak mnie ów sen tamtej nocy!” – wspominała Mary Shelley swoje myśli, towarzyszące początkowi prac nad „Frankensteinem”. Przez ostatnich 200 lat pomagali jej w tym kolejni autorzy, twórcy filmów i spektakli. Ich strach jednocześnie obrazował i napędzał społeczne lęki przed „niekontrolowanym” rozwojem nauki. Kiedy w 1967 r. południowoafrykański kardiochirurg Christiaan Barnard dokonał pierwszej transplantacji serca, jego przeciwnicy zaczęli porównywać go do Frankensteina, kradnącego organy umarłych, aby ożywić inny organizm. Takie zarzuty można usłyszeć nawet dzisiaj podczas gorących dyskusji o transplantologii w Polsce. – Medycyna robi niesamowite postępy. Jeżeli mówimy o transplantacji, to dawno wyszliśmy ze sfery eksperymentów medycznych. Jest to uznana metoda leczenia – uspokaja Krzysztof A. Pijarowski. Podkreśla, że zarówno autorytety naukowe, jak i hierarchowie Kościoła katolickiego popierają dokonywanie przeszczepów, więc tylko ekstremiści i ludzie niedoinformowani mogą nazywać je „tworzeniem Frankensteinów” albo „współczesnym kanibalizmem”.

Transplantolodzy, genetycy i inni badacze uspokajają nas, że nauka zna swoje granice. Czy zatem żaden „frankensteinowski” horror nam nie grozi? Pewnie nie, jednakże mogą powtórzyć się dramatyczne okoliczności, które doprowadziły do powstania książki. Wybuch Tambory z 1815 r. nie był szczytem możliwości wulkanów. Większa od niego – i to wielokrotnie – była eksplozja Toby 75 tys. lat temu. Jej efekt to epoka lodowcowa, z której raczkująca ludzkość ledwie uszła z życiem. Równie katastrofalna eksplozja grozi nam w amerykańskim Yellowstone. Tamtejszy superwulkan może równie dobrze wybuchnąć za kilka tysięcy lat, jak i jutro. A wtedy cały nasz świat stanie się miejscem rodem z horroru.