Obecnie wartość zafałszowanej żywności na polskim rynku szacuje się na 50 mld złotych rocznie. Prof. Stanisław Kowalczyk, Główny Inspektor Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, zauważa: „Trudno oszacować rzeczywistą wartość rynku. W trakcie naszych kontroli mamy zastrzeżenia do 15 proc. kontrolowanych partii pod kątem parametrów fizykochemicznych oraz do 30–35 proc. w zakresie znakowania wyrobów, ale są przecież mniejsze i większe partie towaru”. Dla porównania w Wielkiej Brytanii fałszuje się 10 proc. produktów spożywczych – wynika z badań Food Standards Agency. Najczęściej fałszuje się wędliny (szynki nastrzykuje się mieszanką soli, azotanów i azotynów i uzupełnia preparatami z soi, parówki cielęce zawierają jedynie domieszkę tego mięsa). Mrożone ryby i krewetki glazuruje się na potęgę (pokrywa warstwą lodu), co zwiększa ich wagę. „W Polsce drastycznych przypadków fałszerstw nie stwierdziliśmy” – uspokaja prof. Kowalczyk. Znaleziono co prawda roztocza, larwy owadów i odchody gryzoni w bułce tartej czy niejadalne skorupiaki w konserwach rybnych. Reporterzy programu TVN Uwaga nagłośnili też sprawę 26-letniego mięsa sprowadzonego ze Szwecji.

Pomysłowość producentów nie ma granic. Gdy inspekcja zakwestionowała „pasztet z zająca” (z powodu braku w składzie mięsa zająca) producent znalazł technologa żywności o nazwisku Zając, który opracował recepturę produktu i przechrzcił produkt na „pasztet Zająca”. Duże zyski przynosi też podrabianie trunków – produkuje się chociażby wódkę z odkażonego spirytusu przemysłowego, a do whisky dolewa się wody. W zeszłym policjanci z Olsztyna i Białegostoku zlikwidowali też rozlewnię fałszywej coca-coli. „Dla polskiego konsumenta wciąż liczy się przede wszystkim cena. Fałszowanie markowych produktów żywnościowych na dużą skalę czeka nas za kilka lat” – uważa prof. Kowalczyk. Odstraszać miało zaostrzenie przepisów, od 2008 roku kary za fałszowanie mogą stanowić do 10 proc. przychodów firmy z poprzedniego roku. „Zeszłoroczne kontrole wykazały jednak więcej nieprawidłowości niż te z 2008 roku. To po części wynik kryzysu, który zwiększył popyt na tańsze artykuły, a obniżanie ceny wymaga oszczędności przy produkcji” – dodaje Kowalczyk.