Należę do osób, które lubią na własnej skórze próbować tego, o czym piszą. Byłem współautorem artykułu „Wielki mały post” w marcowym „Focusie” i już w trakcie jego pisania, a potem redagowania doszedłem do wniosku, że sam sprawdzę, jak działa tzw. głodówka przerywana (intermittent fasting, IF).

Przypomnę zasadę: „Post jest całkowity, ale nie trwa bardzo długo, bo w przypadku mężczyzn 16, a u kobiet 14 godzin. Najczęściej stosowany schemat wygląda tak: przestajemy jeść o godz. 20 i pościmy do godz. 12 (albo 10) następnego dnia. Potem mamy czas na zjedzenie trzech posiłków, pokrywających nasze dobowe zapotrzebowanie energetyczne, a wieczorem znów zaczynamy post“.

Wydawało się to dość proste. Wystarczyło przesunąć kolację tak, aby kończyła się przed godz. 20, a potem wytrzymać jakoś do pory snu. Rano i tak najczęściej nie mam czasu na zjedzenie śniadania - ograniczam się do podwójnego espresso i wody - więc wstrzymanie się od jedzenia do południa nie powinno być trudne.

W praktyce szybko jednak przekonałem się, jak często do tej pory zdarzało mi się tzw. jedzenie bierne, czyli podjadanie jakichś niewielkich porcji. Wieczorem musiałem odmówić sobie nawet kieliszka wina czy garści orzechów. Rano powstrzymywałem się przed dokańczaniem kawałków kanapek czy bananów zostawionych przez dzieci po śniadaniu (żal wyrzucić przecież). Najgorzej było w weekendy, gdy przed południem zajęty byłem przygotowywaniem obiadu dla rodziny i nie mogłem nawet go spróbować.

Szybko odkryłem, że są dwa krytyczne momenty: około północy, gdy żołądek jest już pusty i domaga się czegoś „na ząb” oraz ok. godz. 11, gdy wiem już, że koniec postu blisko. Ale - z pomocą kawy, herbaty i wody - jakoś udawało mi się uspokoić żołądek i teraz już na dobre wszedłem w rytm niedojadania. Zdarzały mi się chwile słabości, ale generalnie wytrwałem dwa miesiące.

Efekty? Spadek wagi o ok. 4 kg oraz - co też istotne - zmniejszenie obwodu w pasie o jakieś 7 cm. Pierwszy posiłek w ciągu dnia zaczął smakować wyjątkowo dobrze, ale też nie przejadam się. Z drugiej strony, nie umartwiam się nadmiernie. Nie odmawiam sobie czegoś słodkiego na deser, szklanki piwa czy kieliszka wina w ciągu dnia. Staram się ogólnie ograniczać spożycie węglowodanów, ale bez kalkulatora w ręku.

Polecam więc spróbowanie takiego systemu odchudzania wszystkim, którzy chcą zrzucić parę kilogramów, a zarazem dobrze tolerują pusty żołądek (jak niedawno pisała moja redakcyjna koleżanka Magda, niski poziom glukozy może sprzyjać nieprzyjemnym zachowaniom). Jest to też niezłe ćwiczenie dla silnej woli - z pewnością stanowiące większe wyzwanie, niż choćby katolicki wielkopiątkowy post ścisły, który oznacza spożywanie najwyżej trzech posiłków (jednego do syta i dwóch niepełnych)...