Nad pustynią Negew, zajmującą znaczną część południowej części terytorium Izraela, wstawał kolejny duszny dzień lipca 2023 roku. Upał dawał się we znaki kilkorgu izraelskim żołnierzom, należącym do elitarnej jednostki Sayeret Matkal. Dowodzący grupą sześciorga komandosów porucznik Avi Yablkovsky nie bardzo wiedział, czemu jego żołnierzy skierowano akurat w to miejsce. Podejrzewał, że ma to związek z zaostrzającą się sytuacją wewnętrzną w sąsiednim Egipcie. Od czasu kiedy egipscy islamiści sprzymierzył i się z szyickim Iranem i sprowadzili z Persji setki latających maszyn bezzałogowych (dronów), granica Izraela przestała być bezpieczna.

Drony bojowe miały taką siłę rażenia, że mogły zastąpić eskadrę śmigłowców uderzeniowych. Z zamyślenia wyrwał Aviego głos radiooperatora w interkomie. Nad widnokręgiem coś zaczęło się dziać. Już po minucie Avi zobaczył scenę rodem z „Gry Endera”, książki, którą czytał dawno temu, gdy był jeszcze młodym chłopakiem – nad rozpaloną pustynią, na różnej wysokości i z różną prędkością, przemieszczały się całe „stada” czegoś, co wyglądało jak olbrzymie ptaki lub małe samoloty. Avi wiedział, że tak jak w książce, armią dronów sterowały z oddalonych o setki kilometrów centrów dowodzenia... dzieciaki.

Od czasu kiedy na grach PlayStation wychowywały się kolejne pokolenia nastolatków, nikt nie mógł im dorównać biegłością w operowaniu dżojstikiem. Nad głowami ludzi z oddziału Yablkovskiego trwała bezkrwawa walka, która do historii przeszła jako Bitwa Dronów na Pustyni Negew.

Superszachy XXI wieku

Dziś to oczywiście wciąż fikcja, ale tak może w niedalekiej przyszłości wyglądać prawdziwa wojna. Bezzałogowe drony są już teraz stosowane w armiach świata. Amerykanie coraz częściej używają ich do walki z terrorystami – w latach 2004–2008 nastąpiło 50 ataków typu „targeted killing”, w których zabija się namierzonych wcześniej pojedynczych wrogów. Liczba ta znacznie się zwiększyła, odkąd prezydentem USA został Barack Obama.

Zaciera się przy tym granica między wojną i pokojem, bo uderzenia dronów w wybrane cele, pod hasłem globalnej walki z terroryzmem, odbywają się bez wypowiadania komukolwiek wojny – z centrum operacyjnego, za pomocą odpowiedniego przycisku, bezzałogowiec nakierowywany jest na cel. Według Herfrieda Münklera, politologa i profesora Uniwersytetu Humboldta w Berlinie, bezzałogowce są wymarzonym uzbrojeniem dla społeczeństw zachodnich, które chcą maksymalnego bezpieczeństwa, ale nie są gotowe płacić za nie ceny krwi. Wolą działać za pomocą zdalnie sterowanego robota, bez narażania życia własnych żołnierzy. W rezultacie wojna traci powoli charakter pojedynku na dużą skalę, jak definiował ją Carl von Clausewitz.

– Taką formę konfliktów przewidział już Eric Frank Russell w opowiadaniu „Strasznie wielka siła”, w którym zapowiedział koniec rzucania rzesz pionków przeciwko innym rzeszom pionków – mówi dr Marcin Marcinko z Zakładu Prawa Międzynarodowego Publicznego na UJ i dodaje: – Nastała epoka superszachów, w której będzie się zdejmować figury jedną po drugiej. Być może dzięki użyciu dronów cywile nie dowiedzą się nawet, że toczy się jakaś wojna.