Koniec zimy 1968 roku, poligon w Nadarzycach na granicy Wielkopolski i Pomorza. Nadlatujący na niskiej wysokości myśliwiec bombardujący Su-7 nagle podrywa się do góry, rozpoczynając manewr zwany zawrotem Immelmanna. Z prędkością 1150 km na godzinę samolot wspina się pionowo na wysokość 3250 metrów i wtedy pilot zwalnia podwieszoną pod maszyną bombę.

Wyrzucony jak z katapulty półtonowy pocisk leci jeszcze dwa kilometry wyżej, po czym zaczyna spadać na cel. Tymczasem Su-7 wykonuje półobrót, wraca do lotu poziomego i na dopalaczach, z naddźwiękową prędkością, ucieka z miejsca zrzutu. Będzie 20 kilometrów dalej, gdy nad poligonem pojawi się najpierw oślepiający błysk, a następnie wysoki na kilkaset metrów grzyb.

Tak wyglądały pierwsze w Polsce ćwiczenia zrzutu bomby atomowej. Pilotem wyznaczonym do tej misji był major Kułach z 3. Pomorskiego Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego z Bydgoszczy. Zrzucony przez niego ładunek nie był prawdziwą bombą jądrową, lecz imitującą jej wybuch pozoracyjną IAB-500, wypełnioną płynnym paliwem, fosforem i trotylem. Jednak polscy piloci już od co najmniej roku byli szkoleni do zrzucania prawdziwych „atomówek”. Gdy rozpoczynały się manewry w Nadarzycach, w oddalonej o zaledwie 15 km tajnej bazie wojskowej koło Sypniewa trwała budowa magazynów do przechowywania broni jądrowej, która w razie wybuchu trzeciej woj-ny światowej miała zostać użyta przez polskich żołnierzy w ataku na Zachód.

Zbudowano trzy takie bazy – każda mogła pomieścić po 60 głowic i bomb atomowych. Przez niemal 20 lat przechowywano w nich arsenał nuklearny o łącznej mocy niemal  9 megaton. Magazynów pilnowały jednostki radzieckiego specnazu, a w Polsce wiedziało o nich tylko 12 najwyższych rangą wojskowych. A nie była to cała broń nuklearna, jaka znalazła się na terytorium naszego kraju.

W 1962 roku radzieccy generałowie dostali do ręki nowe śmiercionośne narzędzie – była to lekka bomba atomowa o mocy 5 kiloton, oznaczona kryptonimem 8U49. Można ją było montować w głowicach odpalanych z ruchomych wyrzutni rakiet bliskiego zasięgu lub zrzucać z szybkich myśliwców bombardujących Su-7. Takie właśnie taktyczne bomby miały – zdaniem dowództwa ZSRR – odegrać ważną rolę w razie wybuchu wojny w Europie, pomagając w wyrąbywaniu „atomowych korytarzy” dla prących na Zachód czołgów Układu War-szawskiego. Co więcej, broń tę można było łatwo ukryć na terytorium Europy Środkowej: NRD, Polski czy Czechosłowacji. Z tych właś-nie krajów miało ruszyć komunistyczne natar-cie, poprzedzone zmasowanym uderzeniem atomowym.

Jak się zrzuca atomówkę

Z pułkownikiem Bogdanem Likusem,  byłym pilotem 3. Pomorskiego Pułku Lotnictwa  Myśliwsko-Bombowego z Bydgoszczy,  rozmawia Andrzej Fedorowicz

Focus: Czy zrzucenie bomby atomowej jest dla pilota trudnym zadaniem?

Bogdan Likus: Pierwszymi, którzy opanowali technikę zrzutu bomby atomowej  z Su-7, byli major Kułach i kpt. Dziedzic. Byli też inni, ale Kułach i Dziedzic najczęściej trafiali w cel z zakładaną dokładnością 100 metrów. Robili to z Immelmanna przy kącie  110 stopni i przeciążeniu sięgającym 5,5 G. Mieli zaledwie 3 sekundy nad celem, w czasie których należało zwolnić ładunek. Latali też jako piloci pokazowi – Zbyszek Dziedzic wykonał manewr do zrzutu bomby atomowej w czasie jednej z defilad lotniczych nad Warszawą.

Focus: Pan też wykonywał takie manewry?

B.L.: Ja szkoliłem się już na Su-20 i Su-22. To była inna technika. W 1978 roku razem z trzema kolegami wezwano nas na szkolenia do radzieckiej bazy w Lidzie na Białorusi. Celem ćwiczeń było zrzucanie „specjalnej awiabomby”, jak Rosjanie nazywali ładunki nuklearne. W Lidzie były szkolenia teoretyczne, a nad Morzem Azowskim ćwiczyliśmy kilka technik: z lotu poziomego, nurkowego i tzw. podrzutu pod kątem 10–15 stopni. Zrzucaliśmy makiety wielokrotnego użytku, wyglądające jak prawdziwe bomby. Opadały nad cel na spadochronie.

Focus: Widział pan prawdziwą bombę atomową?

B.L.: Jedną widziałem w ZSRR. To była mała bomba, chyba RN-45. Zapakowana we flanelę, miała przód wypolerowany jak lustro i siedem zapalników. Można ją było uruchamiać na wiele sposobów. Kiedy uruchomiło się ostatni zapalnik, nie można już było z taką bombą lądować. Trzeba ją było zrzucić.

Focus: Jaka była moc tych bomb?

B.L.: O tym nas nie informowano, nawet na szkoleniach. Mówiono tylko ogólnie, że RN45 ma moc większą niż ta zrzucona na Hiroszimę. Ale konstrukcje wszystkich bomb były podobne: składały się z ostrego dziobu z radiowysokościomierzem i zapalnikami, kadłuba z ładunkiem i stateczników. Te elementy można było dowolnie łączyć, jak klocki Lego.

Focus: Czy samoloty, na których pan ćwiczył zrzucanie bomb atomowych, miały jakieś specjalne wyposażenie?

B.L.: Nie, wszystkie Su, jakimi dysponowaliśmy w Bydgoszczy, były dostosowane to takich zadań. Specjalne kapsuły montowane były tylko do lotów szpiegowskich, które wykonywaliśmy na wysokości 10 tysięcy metrów nad Bornholmem i wzdłuż wybrzeża Danii.

Focus: A czy psychologicznie zrzucenie bomby atomowej to trudne zadanie?

B.L.: Do takich zadań mieliśmy latać we trzech. Jeden miał zrzucać bombę atomową, pozostali atrapy. Nie poinformowano by nas, kto ma prawdziwy ładunek. To zbyt duże psychiczne obciążenie. Pilot, który zrzucił bombę na Hiroszimę, zwariował.