Tymczasem pojawiła się obawa, że cały plan weźmie w łeb. Wojska Rzeczypospolitej mogły tracić kolejne miesiące pod Smoleńskiem, bo w samej Rosji szachowało się dwóch carów: Samozwaniec i Szujski. Jednak po ucieczce Samozwańca szala przechyliła się zdecydowanie na korzyść cara Wasyla Szujskiego. Ten zaczął gromadzić potężną armię, by przyjść z odsieczą Smoleńskowi i przepędzić Polaków z Rosji. Niektóre przekazy mówią, że carowi udało się zebrać nawet 70 tys. żołnierzy, jednak dziś redukuje się tę liczbę do 38 tys. Tak czy owak, 4 lipca 1610 r. w bitwie pod Kłuszynem hetman Stanisław Żółkiewski miał pod swoją komendą niecałe 7 tys. żołnierzy, a mimo to Polacy odnieśli absolutny triumf. Stracili kilkuset ludzi, poległych Moskali liczono w tysiącach. O zwycięstwie przesądziła głównie husaria, ale po polskiej stronie walczyło też kilkuset Kozaków na czele z Iwanem Zarudzkim.

URAŻONA DUMA CZY SZPIEGOSTWO?

Dzielna postawa na polu walki bywała podstawą do uzyskania szlachectwa. Zarudzki mógł pozostać w służbie polskiej i liczyć na karierę w służbie Ojczyzny. Tymczasem kiedy Żółkiewski dotarł pod Moskwę, kozacki ataman… wrócił pod sztandary Dymitra Samozwańca II. Miały zaważyć względy ambicjonalne. Zarudzki, „iż go nie tak szanowano, jak sobie życzył i jako się spodziewał, uraził się” i zmienił front (jak twierdzi świadek z epoki Mikołaj Marchocki w „Historii wojny moskiewskiej prawdziwej”). Pewnie szlacheccy panowie bracia nieraz dali odczuć różnicę pochodzenia chłopskiemu synowi… Ale są również wskazówki, że właśnie wtedy ataman rozpoczął karierę… agenta. W interesie Rzeczypospolitej leżało, aby Samozwaniec utrzymywał się na powierzchni, bo wtedy można było straszyć nim rosyjskie elity na zasadzie: „Albo nam się poddacie, albo będziecie mieli wojnę domową”.

Moment na zmianę frontu został starannie wybrany. Polacy na czele z Żółkiewskim już stali pod rosyjską stolicą, ale jeszcze trwały pertraktacje z bojarami co do szczegółów objęcia tronu przez nowego cara – królewicza Władysława. Obawa przed Samozwańcem ciągle przemawiała za Polakami. Koniec końców, nasi weszli do Moskwy i w miarę spokojnie rządzili miastem aż do grudnia 1610 r.

Wtedy gruchnęła wieść, że Samozwaniec został zamordowany. Kilka tygodni wcześniej kazał bić knutami swojego podkomendnego, niejakiego Piotra Urusowa, tatarskiego kniazia. Ten zapamiętał zniewagę i zemścił się na swoim mocodawcy w czasie polowania. Najpierw strzelił do niego z pistoletu, a potem szablą obciął mu rękę i głowę.

W obozie Dymitra zapanował totalny chaos. Wściekli Kozacy dońscy w akcie zemsty pozabijali wszystkich Tatarów, a rosyjskie chłopstwo ostrzyło noże na nielicznych Polakach pozostałych jeszcze w służbie oszusta. Zarudzki mądrze stwierdził, że nic tu po nim, i chciał uciekać, ale został zatrzymany siłą przez swoich podkomendnych. Oni chcieli walczyć dalej. Wprawdzie nie było już cara, ale mieli carycę.

POŻARSKI KONTRA ZARUDZKI

Można się zastanawiać, czy w 1612 r. Pożarski (powyżej) nie zarzucał Zarudzkiemu współpracy z Rzecząpospolitą fałszywie, chcąc wyeliminować konkurenta z gry o władzę. Jednak zachowały się źródła, mówiące o kontaktach atamana z Polakami. „Prawdopodobnie istniało tajne porozumienie pomiędzy atamanem Iwanem Zarudzkim i Gosiewskim, a później także Chodkiewiczem, czego dowodem jest chociażby usunięcie Lapunowa” – pisze historyk Tomasz Bohun w świetnie udokumentowanej książce „Moskwa 1612”.

PIĘKNA MARYNA

Rzeczywiście, Dymitr pozostawił wdowę. Nazywała się Maryna Mniszchówna, miała 22 lata i właśnie po raz drugi została wdową. Wprawdzie bycie wdową po dwóch Dymitrach Samozwańcach to kiepska podstawa roszczeń do korony carów, ale Maryna w chwili śmierci drugiego męża była w zaawansowanej ciąży. W styczniu 1611 r. urodziła syna – Iwana, który stał się naturalnym kandydatem do moskiewskiego tronu.