Wojna pozycyjna to szczególny rodzaj wojny. Tysiące żołnierzy tkwią naprzeciwko siebie i nikt nie daje sygnału do ataku. Przez dzień, drugi. Przez tydzień. Miesiąc. Wojna pozycyjna to wojna na wyniszczenie. Nie gospodarcze czy techniczne. Wojna na wyniszczenie psychiczne.

„Powoli wspinał się po mundurze - tak naprawdę po kawałach szmaty posklejanej zaschniętą krwią. Mały, szaro-różowy nosek dokładnie obwąchiwał wszystko, zanim chuda łapa z ostrymi pazurami przesunie się do przodu. Zapach rozkładającej się krwi nie odstrasza. Nawet, powiedziałbym, przyciąga. Tak jakby łaknął go, jakby to on właśnie mu był potrzebny. Kolejny haust śmierdzącego zgnilizną powietrza trafia do małych, szczurzych płuc. Jest u celu. Zaczyna jeść. Zza kawałka czegoś, co jeszcze jakiś czas temu było ludzkim nosem, nie widać, co dokładnie, ale to, co kiedyś było twarzą, teraz podryguje w rytm szczurzego posiłku, jakby ten ktoś, kto jest teraz zjadany - a dokładnie to, co po nim zostało, miałby się za chwilę roześmiać, jakby drgał od tłumionego śmiechu..- takie obrazki jak ten anonimowy opis żołnierza spod Verdun nie raz, nie dwa widzieli ci, których los podczas I wojny światowej rzucił w okopy. Obserwacja szczurów była - jakkolwiek to zabrzmi - rozrywką. Szansą na to, że w obłęd popadnie się znacznie później niż przyczajony obok w rozmiękłej glinie frontowy kolega.

PIEKŁO JEST TUTAJ

Łączna długość okopów, w jakich przez cztery lata tkwili żołnierze, nie jest znana. Dane są tylko szczątkowe. Na froncie zachodnim - jak podaje brytyjski historyk Gerard J. De Groot - Francuzi wykopali 10 tysięcy kilometrów okopów. Niewiele mniej Brytyjczycy. Niemcy blisko dwa razy tyle. W sumie około 40 tysięcy kilometrów. Tyle mniej więcej, ile ma opasujący Ziemię równik. A między tymi okopami, w których tkwiły tysiące - pas ziemi niczyjej.

Cały ten obszar był pozbawiony jakiejkolwiek roślinności, znajdowały się tam za to niezliczone leje po pociskach, ruiny budynków, drut kolczasty z zasieków, a przede wszystkim rozkładające się ciała poległych ludzi i zwierząt. Ciał nie dało się zabrać i pochować, bo kto próbował to zrobić, natychmiast stawał się łupem snajperów. Jedyną szansę dawała noc. Wtedy to na obszar ziemi niczyjej wysyłano małe grupy żołnierzy. Ich zadaniem było zabranie z pola walki rannych towarzyszy i odzyskanie sprzętu.

Bo zdarzały się dni, kiedy dowódcy dawali sygnał do ataku. Z apatycznego bezsensownego siedzenia w błocie trzeba było przejść do walki. I to nie tylko z wrogiem. Przetrwać mimo gradu kul, wystrzałów, pocisków, granatów i takiej samej determinacji przeciwnika. Każdy walczył o siebie i nie myślał o niczym innym. Stawał się automatem do zabijania, byle przetrwać, byle żyć, ponieważ każdy po obydwu stronach frontu pragnął, by wszystko skończyło się jak najszybciej. Z natarcia podejmowanego przez kilkusetosobowe oddziały powracało kilkunastu, kilkudziesięciu żołnierzy. W ten sposób przestawały istnieć całe bataliony i pułki. „Staliśmy się groźnymi bestiami. Nie walczymy, ale bronimy się przed zagładą (...). W nasze ramiona i nogi uderza z mocą łomot ręcznych granatów, biegniemy skuleni jak koty, zagarnięci przez ową falę, która nas unosi, która robi z nas okrutni- ków, zabójców, morderców, a niech i tak będzie: nawet diabłów. Zagarnięci przez falę, która przez strach, wściekłość i żądzę życia zwielokrotnia nasze siły, która szuka dla nas ocalenia i wywalcza je. Gdyby z tamtymi z naprzeciwka szedł twój ojciec, nie zawahałbyś się rzucić mu w pierś granatu" - oto opis takiego starcia. Jego autorem jest Erich Maria Remarque. Osiemnastolatek rzucony w okopy Flandrii. To, co zobaczył, opisał potem bez ubarwiania w swojej najbardziej znanej powieści „Na zachodzie bez zmian".

Taki szturm właściwie nigdy nie kończył się powodzeniem. Strzelcy wroga skutecznie odpychali od swoich pozycji napastników. „Wracali z pierwszej linii, potykając się i przewracając. Nigdy wcześniej nie widziałem ludzi tak przerażonych. Kurczowo trzymali się za gardła, oczy wychodziły im na wierzch. Z rannych tryskała strumieniami krew, potykali się o ciała towarzyszy, a ci, którzy upadli, nie byli w stanie się podnieść, bo na nich przewracali się biegnący w panice inni żołnierze" - wspomina szeregowy W. A. Quinton z 2. Batalionu 16. Pułku Piechoty „Bedfordshire". Po drugiej stronie też nie było lepiej.

Dlaczego tak się działo, że żołnierze walczyli na bagnety i skakali sobie do gardeł jak wściekłe psy? Dlaczego walczyli na śmierć i życie, skoro osobiście nie mieli nic do siebie? „Byliśmy cywilizowanymi ludźmi, ale miałem wrażenie, że ta cienka warstewka pozłoty bardzo szybko kruszy się i odpada - po obu stronach frontu. Otworzyć ogień z większej odległości, rzucić bombę - to jest coś bezosobowego. Ale spojrzeć w oczy człowiekowi, a chwilę później zakłuć go bagnetem - to nie do pojęcia" - opowiadał Stefan Westmann z 29. Dywizji Piechoty armii niemieckiej. A tak właśnie się działo. W okopach żołnierze byli pozbawiani ludzkich uczuć i odruchów.