Odkąd Ameryka wychodzi  powoli z kryzysu, amerykański dolar znów staje się pragnieniem inwestorów na całym świecie. Papier do jego produkcji powstaje wedle niezmienionej od 1879 roku receptury, w zakładach firmy Crane and Company. Składa się w 75 proc. z bawełny, w 25 proc. z lnu oraz nylonowych nitek zapewniających banknotom długowieczność. Zadrukowany i przycięty, zamienia się w jedną z najcenniejszych walut świata.

O składzie chemicznym papieru, na którym tuż po wojnie drukowano pengo (poprzednika współczesnego węgierskiego forinta), wiadomo niewiele. W  pamięci Węgrów pozostało natomiast koszmarne wspomnienie hiperinflacji, najwyższej zanotowanej w dziejach, przez którą ceny podwajały się co 15 godzin. Banknoty – nawet ten o najwyższym, astronomicznym nominale 100 000 000 000 000 000 000 pengo – służyły jako podpałka, bo większą wartość miały od nich nawet zapałki. A przecież i dolar, i pengo to właściwie to samo, czyli kawałek papieru z przypisaną doń umowną wartością. Co zatem sprawia, że pierwszy z tej pary już trzecie stulecie uchodzi za symbol dobrobytu, a drugi odszedł w niepamięć?

Waluta w ruchu

Żyjemy w epoce swobodnego przepływu kapitału. W każdej chwili możemy łatwo przelać na drugi kraniec świata niemal dowolną kwotę. Podczas wakacji bez problemu wypłacamy egzotyczną lokalną gotówkę za pomocą polskiej karty płatniczej. Nawet kredyt na mieszkanie spłacamy we frankach szwajcarskich lub w euro, choć z konta znikają nam złotówki. To wszystko zawdzięczamy tzw. pełnej wymienialności, która w uproszczeniu sprowadza się do tego, że emitent pieniądza – czyli Narodowy Bank Polski – zobowiązał się do skupowania w każdej chwili takiej ilości swojej waluty, jaką w danym momencie chcą sprzedać jej posiadacze. Kraj mający w pełni wymienialną walutę jest więc swego rodzaju kantorem, którego właściciel nie może odmówić nikomu jej sprzedaży lub skupu. Kurs ustala natomiast gra podaży i popytu. Jeśli zainteresowanie daną walutą nagle wzrośnie, w górę idzie także jej cena. Posiadacze kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich pamiętają koszmar sprzed kilku miesięcy, kiedy nagle – na fali obaw o sytuację światowej gospodarki – cena waluty Helwetów wystrzeliła o jedną trzecią w górę. Inwestorzy na całym świecie zaczęli kupować franki i pozbywać się złotówek, powiekszając widełki cenowe między tymi walutami. 

Pieniądze, jak inne towary, mają oczywiście swoją reputację, w której odbija się niczym w lustrze sytuacja gospodarcza emitujących je państw. Wartość wszystkich monet i banknotów będących w obiegu odpowiada zwykle ok. 10 proc. produktu krajowego brutto – tyle wystarcza do zapewnienia płynności handlowi.

Sumę tę wielokrotnie powiększają jednak wirtualne zapisy pieniężne na kontach inwestorów i firm. Dlatego duże, dobrze rozwinięte gospodarki o powolnym, ale stabilnym wzroście – jak USA, Japonia czy Niemcy w czasach marki – słyną z bezpiecznej waluty, którą inwestorzy cenią w okresach recesji. Kiedy jednak gospodarka rośnie, wzrasta automatycznie popyt na waluty krajów rozwijających się. Właśnie dlatego Chiny – obecnie najszybciej rosnąca gospodarka świata – od lat utrzymują sztucznie zaniżony kurs swojego juana do innych walut. Jeden juan wart jest dziś ok. 50 groszy. Gdyby jednak chiński bank centralny zezwolił na pełną wymienialność swej waluty, jej cena wzrosłaby gwałtownie. Jak szacuje Jun Ma, szef zespołu analityków do spraw Chin w Deutsche Bank, skok wartości juana mógłby sięgnąć nawet 70 proc. Dla chińskiej gospodarki, żyjącej z eksportu, oznaczałoby to poważne tarapaty, bo zmalałaby tym samym atrakcyjność cen chińskich towarów i usług. Dlatego Pekin woli na razie tylko mówić o potencjalnej możliwości uwolnienia juana i twardą ręką trzymać jego kurs. 

Na walutowej mapie świata Chiny są dziś jednak wyjątkiem od reguły. Niemal wszystkie liczące się w świecie waluty są warte nie tyle, ile zadekretuje emitujący je rząd, lecz tyle, ile gotowi są za nie płacić kupujący, bazując na zaufaniu do gospodarki emitenta, stabilności politycznej, łatwości inwestycji itd. 

Złote kajdany

Umowna wartość waluty to jednak młody, bo ledwie 40-letni wynalazek. Przez setki lat nominał monety był po prostu równowartością siły nabywczej szlachetnego kruszcu, z jakiego ją wybito. Stempel emitenta – króla czy księcia – potwierdzał tylko, że moneta zawiera tyle złota czy srebra, na ile wycenił ją on sam. I oczywiście to jemu właśnie najbardziej zależało na psuciu monety, np. poprzez dodawanie tańszej miedzi, by zaoszczędzić na emisji. Psucie monety nie omijało nawet zamożnych królestw. Jak pisze w „Historii monetarnej Polski” Grzegorz Wójtowicz, były prezes NBP, bodaj najsłynniejszy polski pieniądz, grosz koronny epoki jagiellońskiej, zgodnie z reformą króla Zygmunta Starego z  pierwszej połowy XVI wieku miał zawierać ok. 0,7 grama czystego srebra. Sto lat później udział tego metalu spadł do zaledwie 0,131 grama! Kupcy rzecz jasna szybko orientowali się, które monety faktycznie warte są swojego nominału, i zatrzymywali je w skarbcach, posługując się gorszymi o tym samym nominale. Zjawisko to jako pierwszy opisał Mikołaj Kopernik w 1526 roku.