Niektórzy dobudowali do grobowców i mauzoleów dodatkowe pomieszczenia, inni jedynie usunęli walające się kości i wprowadzili się do pozbawionych okien „bunkrów” nawet  z 10-osobowymi rodzinami. W miarę upływu czasu kairskie nekropolie upodobniły się do typowych wielkomiejskich slumsów.

Podciągnięto do nich, najczęściej nielegalnie, prąd i wodę. Przed do-mami-grobami biegają dzieci, suszy się pranie, wieczorami mężczyźni zasiadają na krzesełkach, by zapalić sziszę.  W grobowcach działają sklepiki, bary, zakłady fryzjerskie. Tylko zasiedziali mieszkańcy potrafią się poruszać w labiryncie wąskich uliczek i alejek bez nazwy.

Dla cudzoziemców „miasto umarłych” jest śmiertelnie niebezpieczne, gdyż wielu tubylców nie ma pracy i utrzymuje się z tego, co ukradnie lub wyżebrze.  Na cmentarzu – i to nie opuszczonym przed wiekami, lecz wciąż czynnym – żyje także ponad 10 tys. mieszkańców stolicy Filipin Manili.