Magazyn „Coaching”: „Odnoszę sukcesy zawodowe, ale w życiu prywatnym krucho” – ma odwagę przyznać coraz więcej ludzi. Co stoi na przeszkodzie, by w sypialni szło nam równie dobrze jak w biurze?

Ian Kerner: Ciągle miotamy się między kolejnymi punktami z listy spraw do załatwienia. Praca, dzieci, niewyspanie – wszystko to powoduje, że nasze związki lądują na samym dole tej listy. Dlatego warto się upewnić, czy wszystkie nasze obowiązki codzienne: płacenie rachunków, wychowywanie dzieci, czysty dom, nie są na naszej liście ważnych spraw wyżej niż nasze związki.

Gdzie na tej liście powinien być seks?

I.K.: Problem polega na tym, że nawet jeśli para spełnia się świetnie w roli rodziców, bez seksu ich związek staje się słaby, podatny na ciosy z zewnątrz. Mówią, że seks to nie wszystko – OK, ale wtedy, gdy w ogóle się go uprawia! A jeśli jesteśmy cały czas zestresowani, wpływa to na nasz seks, a wtedy on sam również staje się źródłem dodatkowych konfliktów – to zresztą jeden z głównych tematów kłótni, częstszy nawet niż pieniądze i obowiązki domowe. No i koło się zamyka.

Jak więc się wyrwać z impasu?

I.K.: Obie strony muszą znowu uznać seks za priorytet. Muszą zacząć się poświęcać, by zredukować poziom stresu w codziennym życiu tak bardzo, jak to możliwe. Na to powinna być skierowana energia w związku, a nie na wzbudzanie poczucia winy czy wymówki, że jesteśmy zbyt zajęci.

Co dalej?

I.K.: Radzę parom, by próbowały uprawiać seks raz w tygodniu. Zwolnić może ich z tego jedynie choroba albo nowo narodzone dziecko. Czy planujecie nocną randkę, czy po prostu chcecie spędzić trochę czasu razem, jak dzieciaki są już w łóżkach, spróbujcie poświęcić drugiej osobie przynajmniej jedną noc w tygodniu. Stwórzcie nowy rytuał. Nawet jeśli będziecie trochę zestresowani, zbliży was to do siebie i stopniowo zaczniecie dostrzegać coraz więcej korzyści zarówno dla waszych ciał, jak i umysłów.

Brzmi prosto, ale przecież wiele par skarży się, że stres wysysa z nich wszelką namiętność, a jeśli idą do łóżka, mają wrażenie, że ich druga połowa cały czas ma w głowie „tryb praca” i traktuje „łóżko” jako jeszcze jedno zadanie do wykonania.

I.K.: To prawda. Stres jest wszędzie, dotyka coraz więcej aspektów życia. W zbyt dużej dawce może nawet ostudzić pożądanie. W takich wypadkach warto pamiętać, że choć seks jest ważny w związku, to nie powinien być decydujący. Niekiedy nasze ciała wiedzą, co dla nas najlepsze, i czasowe odstawienie współżycia na boczny tor może pomóc tobie i twojej drugiej połowie skoncentrować się na innych pilnych sprawach do załatwienia albo po prostu na wyciszeniu się i „naładowaniu  akumulatorów”.

Czy kobiety zaczynają traktować seks tak jak mężczyźni?

I.K.: To prawda, że dla coraz większej ich grupy pójście z facetem do łóżka bez zbędnych emocji czy zaangażowania nie jest kłopotem. Dotykamy tu sporego problemu, bo przecież nie chodzi nam tylko o możliwość osiągania orgazmu. Kobiety mogą uprawiać seks tak samo jak mężczyźni, ale głębsza przyjemność wymaga emocjonalnego zaangażowania. Damski orgazm wyzwala eksplozję oksytocyny, znanej jako hormon pieszczoty. To ona powoduje, że kobietom jest gorąco i kręci im się w głowach. Ułatwia też poczucie zaangażowania. Ale jeśli nie ma się w co zaangażować, orgazm staje się pełnym żalu wspomnieniem pustki poprzedzającej pójście z kimś do łóżka. To dlatego Charlotte, bohaterka „Seksu w wielkim mieście”, krzyczy za facetem, który ją zostawia: „Czy te 4,5 godziny nic dla ciebie nie znaczyło?”. Bo nawet jeśli zmienia się nasz styl życia, pewnych uwarunkowań biologicznych się nie przeskoczy.