KRYSTYNA ROMANOWSKA: Mam ponad czterdzieści lat, 20 lat pracy za sobą i nigdy nie poprosiłam o podwyżkę. Co to o mnie mówi?

BEATA KACZYŃSKA: To raczej pytanie do ciebie, a nie do mnie. Może np. tak dobrze zarabiasz albo masz tak zamożnego partnera, że to nieistotny dla ciebie temat. Jeśli jednak jest inaczej, to możliwe, że jesteś jedną z osób, które o pieniądzach rozmawiać nie lubią i dlatego tego nie robią. Być może zatem mówi to wiele nie tylko o tobie, ale także o specyfice polskiej kultury pracy, o tym, jak hojnych miałaś pracodawców.  O tym, jak się w Polsce rozmawia o pieniądzach, jak się o nie prosi. I że ta umiejętność wciąż kuleje.

Ludzie boją się poprosić o podwyżkę, wstydzą się wprost przedstawić swoje oczekiwania, zakładają, że spotkają się z odmową. Mogą też nie prosić, bo wyznają zasadę: „Siedź w kącie, a znajdą cię” – mają nadzieję, że szef wpadnie na pomysł, że należy ich wynagrodzić podwyżką za cały – często faktycznie niemały – wysiłek, jaki wkładają w wykonywanie swoich zadań. Są też tacy, którzy nie proszą, bo nie chcą, bo pieniądze na danym etapie życia nie są dla nich ważne.

O co siebie zapytać przed poproszeniem o podwyżkę?

- Tak naprawdę podwyżka nie jest tylko kwestią pieniędzy. Podwyżka może zaprosić nas do bardziej wnikliwego niż zazwyczaj popatrzenia na siebie, na to, jak wyceniamy swój wysiłek i na ile cenimy siebie. Jeśli ktoś z różnych powodów źle o sobie myśli, zapewne marginalizuje też wartość swojej pracy, swoich starań i sukcesów, a w związku z tym może mieć kłopot, żeby pójść po podwyżkę, bo cały świat będzie na nią zasługiwał bardziej niż on. Chcę przy tym zaznaczyć, że moim zdaniem podwyżka nie należy się każdemu. Nie jest obowiązkiem pracodawcy ani dorocznym rytuałem, który ma się dopełnić bez względu na jakość pracy.

Do rozmowy o podwyżce warto dobrze się przygotować, by przedstawić konkretne argumenty przemawiające za tym, że zasługujemy na dodatkowe wynagrodzenie. Czy jest coś, czym się wyróżniam, co robię specjalnego, co zmieniło się w liczbie zadań, które wykonuję, bądź obszarów, za które odpowiadam? Ludzie, porównując zarobki swoje i znajomych, często błędnie uważają, że jeżeli kolega na podobnym stanowisku w innej firmie zarabia więcej, to jest to wystarczający powód do poproszenia o podwyżkę. A nie zawsze tak jest. Sytuacje w obu organizacjach, mimo powierzchownych podobieństw, mogą istotnie się różnić. Poza tym kolega może być zdecydowanie bardziej zaangażowany w pracę niż my.

Jak ułożyć sensowne argumenty, które przemówią do szefa? Budować je na zasadzie porównań z kolegami?

- Porównania są mało skuteczne, bo najczęściej opieramy je na mało precyzyjnych, by nie rzec – emocjonalnych, przesłankach. Przecież nigdy nie mamy pełnej jasności co do tego, jakie są uzgodnienia między szefem a naszym kolegą. Gdy rozmawiamy o podwyżce, skoncentrujmy się na sobie. Wymieńmy argumenty odnoszące się do jakości naszej pracy, do włożonego wysiłku, do liczby zadań, które zostały przez nas zrealizowane, nowych obszarów, którymi się zajęliśmy. Może np. dostaliśmy pod opiekę grupę ludzi, którymi choćby nieformalnie zawiadujemy; może wpadliśmy na pomysł, który choć drobny, to znacząco usprawnił działania zespołu.

Warto docenić się też za swoje podejście do pracy – za to, że np. chętnie bierzemy zastępstwa, często i bez nacisków wykonujemy dodatkowe czy wyjątkowo trudne zadania, dzielimy się pomysłami, wspieramy nowych kolegów wiedzą i doświadczeniem. Pracodawca powinien usłyszeć racjonalny powód, dla którego oczekujemy zmian w finansach. Trudniej jest, jeżeli w firmie nie ma ustalonych procedur finansowych. Wtedy podwyżki mogą być przydzielane zgodnie z widzimisię szefa, a nie według określonych standardów i w zgodzie z realnymi efektami pracowników, co – rzecz jasna – bywa demotywujące.

Co ze sformułowaniem „wszystko w ramach obowiązków”, które może wytrącić nam oręż z ręki?

- Wiele umów o pracę lub opisów stanowisk pracy zawiera magiczną formułę: „I inne obowiązki wskazane przez pracodawcę”. Moim zdaniem jednak elastyczność ma granice i każdy z nas powinien sam decydować, na ile realizuje rozmaite nieoczywiste obowiązki, by rozpoznawać, kiedy cienka czerwona linia jego pracowitości, życzliwości, sumienności i zaangażowania została przekroczona. Jeżeli czujemy, że to się właśnie dzieje, że wzięliśmy na siebie nadmiar zadań, to w pierwszym kroku nie biegnijmy po podwyżkę, ale zastanówmy się, jak dopuściliśmy do tego stanu rzeczy. Oczywiście, liczba obowiązków może być argumentem przetargowym w rozmowach o finansach, ale przede wszystkim na nadmierne, niezasadne polecenia służbowe powinniśmy reagować na bieżąco.

Kiedy ktoś chce od nas „jeszcze i jeszcze”, musimy jasno ustalić granice oczekiwań i naszych możliwości, potrzebujemy choćby zapytać, czy to będzie nasz stały obowiązek. Jeżeli tak – podwyżka może być zasadna. Inna sprawa jeżeli jest to nadzwyczajna sytuacja, bo trzeba było przez krótki czas zastąpić chorego kolegę. Jakkolwiek by było – szef, który uważa, że – korzystając z mocy swego stanowiska i władzy mu przypisanej – może swoich ludzi wykorzystywać do granic wytrzymałości, dopuszcza się nadużycia.

Idąc po podwyżkę, warto mieć w głowie plan B, czyli rzucenie pracy? Albo – co więcej – nawet już gotowe miejsce nowego zatrudnienia?

- Jeżeli przychodzę po podwyżkę, mając w zanadrzu inną pracę, to jest to kiepska informacja zarówno dla starego, jak i przyszłego pracodawcy oraz dla samego pracownika. Stawianie sprawy na ostrzu noża w relacji (nawet tylko w swojej głowie) – jest rodzajem szantażu. Co więcej, taka perspektywa może przepełnić nas goryczą, jeśli ani nie dostaniemy podwyżki, ani nie zmienimy pracy. Moje doświadczenie pokazuje, że na argumentację „albo podwyżka, albo odchodzę” decydują się osoby naprawdę zdesperowane. Ludzie, którzy albo sądzą, że tylko jeśli użyją mocnego argumentu, mogą zostać usłyszani; albo tacy, którzy wyczerpali cały arsenał łagodniejszych środków, chcąc poprawić swoją sytuację.

Warto natomiast zadać sobie pytanie: „Czy jeżeli nie dostanę dodatkowych pieniędzy, chcę nadal pracować w tym miejscu?”. I warto pamiętać, że czasami szefowie nie dają podwyżek nie dlatego, że nie mają pieniędzy albo przepełnia ich zła wola, tylko dlatego że nikt się do nich o podwyżkę nie zwrócił. Znam przykład pracownika, któremu co roku zmieniał się szef, a on sam miał tyle zawirowań w życiu osobistym, że przez pięć lat nie wpadł na pomysł, by poprosić o podwyżkę. Niedawno oprzytomniał z poczuciem: „Jak ja mało zarabiam!” i poszedł do szefa, by załatwić sprawę. Zdziwił się, bo podwyżkę dostał, jeszcze zanim zaczął narzekać na swój pracowniczy los. Nie radzę zakładać, że pracodawca będzie z czułością pochylał się nad każdym pracownikiem, pytając, czy mu podwyższyć pensję. Dbajmy o siebie i traktujmy pieniądze jak zwyczajny temat do rozmowy.