Osobno funkcjonowała inna para: żyjący w Cambridge w stanie Massachusetts Donald Heathfield i Tracey Lee Ann Foley, przerzuceni do USA w połowie lat 90. Naprawdę Heathfield nazywał się Andriej Bezrukow, a jego fałszywy paszport był wystawiony na nazwisko nieżyjącego obywatela Kanady. Foley to Elena Wawiłowa. Po skończeniu nauki na Harvardzie Donald/Andriej zatrudnił się w World Future Society: think-tanku pracującym m.in. nad nowymi źródłami energii, technologiami informatycznymi i monitorowaniem internetu. W kręgu jego znajomych znalazł się Leon Fuerth, były doradca ds. bezpieczeństwa wiceprezydenta Ala Gore’a. Foley pracowała w agencji nieruchomości. O tym, jak długoterminową inwestycją były rosyjskie „śpiochy”, świadczy fakt, że według FBI do szpiegowskich zadań przygotowywany był starszy z synów pary Heathfield–Foley. Urodzony w USA Tim studiował stosunki międzynarodowe i szykował się do kariery dyplomaty.

Obrazu intrygi rosyjskiego wywiadu w USA dopełniali Anna Chapman i Michaił Semenko . To było już nowe pokolenie szpiegów. Dwudziestoparo-letni, w odróżnieniu od pozostałych nie zmienili tożsamości, nie ukrywali też pochodzenia. Chapman, która urodziła się w Wołgogradzie jako Anna Kuzniecowa, używała nazwiska po pierwszym mężu – Brytyjczyku (dzięki niemu miała też tamtejszy paszport). Seksowna dziewczyna pracowała jako specjalistka od inwestycji, ale prawdziwą karierę robiła w środowisku nowojorskiej rosyjskiej arystokracji. Semenko, zatrudniony w biurze podróży, był niebywale aktywny na serwisach społecznościowych, miał opinię imprezowicza, a jego Mercedes 500S robił duże wrażenie na rówieśnikach z wpływowych amerykańskich rodzin.

WAŻNE, CO MOGLI ZROBIĆ

Na FBI bogactwo i różnorodność rosyjskich „śpiochów” musiały zrobić wrażenie. Biuro przez niemal dekadę prowadziło obserwację podejrzanych, wiele czasu musiało jednak minąć, zanim połączono wszystkie wątki w jedną operację pod nazwą „Ghost Stories”. Nie byłoby to zapewne możliwe, gdyby amerykański wywiad nie zdobył „wtyczki” w Służbie Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej w postaci płk. Aleksandra Potiejewa, a także (prawdopodobnie) nie przewerbował Christophera Metsosa, który był kurierem dostarczającym pieniądze „śpiochom”. W rozpracowaniu siatki pomogła też nieostrożność najmłodszych szpiegów: Chapman kupując komórkę podała adres „99 Fake Street” (ul. Fałszywa 99), a Semenko dał się podejść agentowi FBI, który udając oficera rosyjskiego wywiadu przekazał mu 5 tys. dolarów.

Paradoks polegał jednak na tym, że mimo trwającej wiele lat obserwacji, „śpiochów” nie można było oskarżyć o wykradanie tajemnic. Owszem, niektórzy prowadzili zaszyfrowaną elektroniczną komunikację z Moskwą, ale nie było w niej nic, co wskazywałoby na klasyczne szpiegostwo wojskowe, gospodarcze czy polityczne. Heathfield miał jakieś informacje dotyczące bomby do niszczenia bunkrów, jednak nie były to rzeczy istotne. W rezultacie najpoważniejsze zarzuty, jakie dało się postawić Rosjanom, dotyczyły niezarejestrowanej działalności na rzecz obcego państwa (czyli nielegalnej wersji lobbingu) oraz prania brudnych pieniędzy (wiele pro-wadzonych przez nich biznesów służyło temu celowi). Ostatecznie całą dziesiątkę deportowano z USA i wymieniono na 4 zatrzymanych w Rosji szpiegów CIA.

Dla amerykańskiego bezpieczeństwa o wiele ważniejsze było jednak to, czego „śpiochy” nie zdążyły zrobić. Afera sprzed 5 lat była bowiem kolejną z fal tajnych operacji, prowadzonych przez rosyjski wywiad w Stanach już od pierwszych dekad XX w. Ich cel jest zawsze taki sam – „zaimplantować” na terytorium USA grupę ludzi, którzy dotrą do najważniejszych osobistości amerykańskiej gospodarki i polityki, zdobędą na nich wpływ i przekonają do korzystnych dla Rosji rozwiązań. To wielopiętrowa intryga, w której sterowani przez Moskwę szpiedzy „hodują” na terenie USA własnych wpływowych „śpiochów”.  Na efekty tej pracy trzeba czekać latami, ale kiedy już się uda, sterowanie polityką supermocarstwa staje się dziecinną zabawą. Tak właśnie działo się w USA w czasie II wojny światowej, a cenę za to świat płaci do dziś.

JAK DZIAŁA ŚPIOCH

„Śpioch” ma przede wszystkim wtopić się w otoczenie, nawiązać dobre kontakty. To może trwać latami. Inwestycja jest na tyle kosztowna, że „śpiocha” używa się tylko do rzeczy najważniejszych, np. w sprawach strategicznego bezpieczeństwa Rosji. „Śpiochów” nazywa się czasem agentami wpływu, mają bowiem za zadanie wpływać na politykę państwa przez bezpośrednie znajomości i kontakty (ale też np. przez media, firmy doradcze i konsultingowe, lobbing). Tak było np. z H.D. White’em i ultimatum dla Japonii w 1941 r. Agenci łączność z centralą utrzymują klasycznymi metodami – poprzez szybki kontakt z rezydentem wywiadu i przekazanie materiałów w autobusie czy barze; kiedyś używali też radiostacji, które zastąpił internet i specjalne programy szyfrujące.

DZIENNIKARSKA SENSACJA

2 września 1939 r. do domu Adolfa Berlego, doradcy prezydenta Roosevelta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego, przybyło dwóch dziennikarzy. Pierwszym był antykomunistyczny publicysta Isaac Don Levine. Od kwietnia publikował na łamach „Saturday Evening Post” zeznania uciekiniera z sowieckich służb Waltera Kriwickiego, według których w Wielkiej Brytanii i jej koloniach działało ponad 60 sowieckich agentów mających wpływ na politykę. Teraz Levine miał kolejną sensację, którą postanowił zaalarmować Biały Dom.