Robert Rient: Czasami uzdrawia odejście, czasami wybaczenie, a czasami zrozumienie i prośby o wybaczenie. Irytuje mnie jednak koncepcja radykalnego wybaczania – cel, do którego ofiary są prowadzone przez niektórych terapeutów i trenerów. Pisała o tym Anna Miller w „Buncie ciała”: oddając się w ręce psychologicznego guru, można sobie zafundować traumę po traumie. Wybaczenie, które wynika ze zrozumienia, gotowości, to, które przychodzi naturalnie, bywa kojące. Kiedy jednak wybaczenie staje się przymusem, wiarą, wtedy zazwyczaj szkodzi. Wzbudza poczucie winy, że nie czuję tego, co powinienem, i lęk przed zbliżeniem się do sprawców, od których chcę uciec. Chociaż czasami, gdy widzi się pełniejszy obrazek, okazuje się, że nie ma komu wybaczać.

Natalia de Barbaro: Co to znaczy, że nie ma komu wybaczać?

Robert: Mam na myśli sytuację, w której wyhodowaliśmy w sobie obraz rodziców idealnych i nigdy im nie wybaczyliśmy, że tacy nie są. Nigdy nie wykonaliśmy wysiłku, by zrozumieć, skąd przychodzą, jakie było ich dzieciństwo. Ta praca nie ma służyć temu, by usprawiedliwiać, gdy rodzice byli np. sprawcami przemocy seksualnej, ale jej wykonanie pokazuje nam kontekst, pomaga zrozumieć, a czasami zobaczyć, że nie ma sprawcy, że ten został właśnie wyhodowany przez nas samych i mieszka w głowie, sercu. Znam przypadki, w których ofiara nie wybaczyła sprawcy od kilkudziesięciu lat i żyje teraz w spokoju, miłości. Radykalne wybaczanie, tak jak i radykalne złoszczenie się, zazwyczaj szkodzi. Z pewnością jednak sam akt wybaczenia, gdy się wydarza, gdy chcemy, gdy ktoś o nie prosi, bywa niezwykle uzdrawiający.

Natalia: Czasem wybaczenie potrzebne jest przede wszystkim temu, który wybacza. Zwłaszcza jeśli jesteśmy z kimś w bliskim związku, który trwa – z rodzicami, z rodzeństwem, z partnerem czy part-nerką. Myślę, że są ludzie, którym trudno być szczęśliwymi, jeśli mają komuś „niewybaczone”. Że to się nie opłaca.

Robert: Co to znaczy „opłaca”? Jakoś nie podoba mi się taki pomysł na emocje, by robić to, co się opłaca.

Natalia: W takim sensie, że stan niewybaczenia może być uciążliwy i nam nie służyć, że to niewybaczenie tłucze się po nas, wraca w innych momentach i innych relacjach – i warto wykonać pewną pracę, żeby się to wybaczenie dokonało.  Z drugiej strony – jeśli ten, komu nie wybaczamy, nie czuje, że zrobił coś złego, nie przeprosił, nie wziął odpowiedzialności – czy można wtedy wybaczyć? Ja też nie uważam, żeby wybaczanie było jakąś wartością absolutną – jeśli jest wymuszone na sobie samym, może być nawet aktem przemocy, dokonanym na tej skrzywdzonej części siebie.

Robert: Tak jak nie można sobie kazać kochać, tak nie można sobie kazać wybaczać. Nie jest też do tego konieczna obecność sprawcy. Ten akt czasami dokonuje się w samotności, wtedy przychodzimy na spotkanie z już wewnętrzną zgodą na pojednanie, wybaczenie. A czasami z tą gotowością przychodzimy na cmentarz.

Natalia: Już nie mówiąc o tym, że druga strona może swoją reakcją zepsuć akt wybaczenia – ty możesz chcieć wręczyć to wybaczenie jak dar, a ona może ci powiedzieć, że w ogóle nie wie, o co ci chodzi. Albo odwrócić się od ciebie i włączyć telewizor.