Kiedy w maju 2012 r. Wioletta Połeć i Marcin Jurczuk, właściciele hurtowni zachodniej odzieży używanej, zostali oszukani przez nieuczciwą konkurencję, myśleli o tym, żeby zrezygnować z biznesu. Zamówiony przez nich wielotonowy transport z Anglii nadawał się na śmietnik. Konkurencja była perfidna: wśród wilgotnych, częściowo spleśniałych ubrań znajdowały się… zgniłe ziemniaki.

Przez parę dni zastanawiali się, czy kilka miesięcy wcześniej słusznie zrezygnowali ze stabilnych etatów w poprzednich miejscach pracy. On był przecież dyrektorem w prestiżowym wydawnictwie, ona szefem sprzedaży w firmie handlującej sprzętem elektronicznym. Załamanie nie trwało jednak długo. „Kłopoty finansowe, w jakie wpędzili nas nieuczciwi koledzy z branży, zmusiło nas do tego, by się zastanowić, co dalej” – opowiada Marcin Jurczuk. W efekcie zrezygnowali z hurtowni, ale nie z branży. Postanowili stworzyć butik z ekskluzywną odzieżą z drugiej ręki w myśl hasła: wielka moda za niewielką cenę. Dziś o ich internetowym sklepie Fashion Code w świecie mody robi się coraz głośniej. Biznesplan przysłany na konkurs Inkubatora Przedsiębiorczości Idea Banku zdobył uznanie jurorów – jako jeden z trzydziestu na 3,5 tys. zgłoszeń. Dzięki temu zyskali dodatkowe wsparcie w zakresie marketingu, obsługi prawnej i finansowania. „Kluczem do decyzji o nowym biznesie był dobrze zrobiony biznesplan, analiza rynku i wspieranie się w decyzjach. Moją pasją jest moda i na tym się znam, Marcin świetnie sprawdza się w relacjach zewnętrznych. Doskonale się uzupełniamy” – opowiada Wioletta Połeć.

Ich historia to świetny przykład na prawdziwość zasady „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, którą półtora wieku temu sformułował niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche. Współcześni psychologowie nieco tę sentencję modyfikują. „Kiedyś w psychologii modne było określenie »hardness«, czyli »twardość«. Dziś dochodzimy do wniosku, że ważniejsza jest »resilience«. Mówiąc potocznym językiem: nie chodzi o to, żeby nigdy nie upaść, tylko by szybko i w miarę skutecznie się podnosić. Nie być ołowianym żołnierzykiem, lecz wańką-wstańką” – mówi doc. Tomasz Ochinowski z Katedry Psychologii i Socjologii Zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim. Słowo „resilience” trudno przetłumaczyć na polski. Dlatego w naszym kraju tę przydatną nie tylko w biznesie cechę określa się słowem „rezyliencja”. Zarówno termin, jak i związana z nim filozofia życiowa robi zresztą nad Wisłą karierę.

 

Odbicie od dna

PRZEZ DŁUGIE LATA REZYLIENCJĘ BADANO GŁÓWNIE W KONTEKŚCIE OSÓB DOTKNIĘTYCH TRAUMĄ

Historia badań nad rezyliencją sięga lat 40. XX wieku. Amerykańscy lekarze ze zdziwieniem zaobserwowali wówczas, że część osób chorych psychicznie całkiem nieźle radzi sobie w życiu. Badani zakładali rodziny, podejmowali pracę i mieli wysoki poziom poczucia osobistego szczęścia. Psychiatrzy doszli zatem do wniosku, że muszą mieć jakąś niezwiązaną z chorobą cechę, która czyni ich odpornymi na trudności. Prawdziwym przełomem w opracowaniu koncepcji rezyliencji okazał się rok 1955, kiedy amerykańska psycholożka Emma Werner z University of California stworzyła zespół pedagogów, pediatrów i pracowników opieki społecznej, z którym pojechała na hawajską wyspę Kauai. W tej niewielkiej społeczności rozpowszechnione były patologie – głównie alkoholizm i skrajna bieda. Werner wytypowała 698 dzieci pochodzących z marginesu społecznego, a następnie przez kilkadziesiąt lat obserwowała ich rozwój.

Zgodnie z przypuszczeniami okazało się, że większość nastolatków wychowujących się w rodzinach z problemem alkoholowym zaczyna powielać negatywne schematy rodziców, ładując się w rozmaite nałogi i życiowe problemy. Zaskoczeniem były jednak losy pozostałych. Okazało się, że ok. 30 proc. badanych całkiem dobrze sobie radzi mimo patologicznych obciążeń rodzinnych. Prof. Werner porównała te osoby do niektórych odmian metali, które cechuje wysoka odporność na złamanie, skruszenie i odkształcenie (po angielsku właśnie „resilience”). Odtąd termin na dobre zagościł w psychologii. Generalnie chodzi o zdolność do pokonywania przeciwności losu oraz elastycznego przystosowywania się do trudnych warunków życiowych. W Polsce – obok wspomnianego już określenia „rezyliencja” – używa się też terminów „sprężystość” lub „odporność psychiczna”. Dr Karol L. Kumpfer z Uniwersytetu w Utah stosuje jeszcze bardziej obrazową definicję: „umiejętność odbijania się od dna”.