Większość rówieśnic gwiazdy marzy już tylko o emeryturze. Ona też nie musiałaby się dłużej wysilać, bo zdobyła wszystko – sławę, fortunę, miliony wielbicieli. Jej biogram w Wikipedii zaczyna się od wyliczanki: „wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, producentka muzyki i filmów, tancerka, aktorka filmowa i teatralna, reżyserka, scenarzystka, pisarka, projektantka mody, właścicielka międzynarodowej sieci siłowni, wydawca, bizneswoman, przedsiębiorca i filantrop”. Wystarczyłoby na kilka niezłych karier. Madonnie nie wystarcza.

Trenuje przez sześć dni w tygodniu po dwie i pół godziny. 40 minut na bieżni, 40 na trampolinie, reszta na siłowni – sto „brzuszków”, sto rozpiętek hantlami, po sto ćwiczeń dla nóg, ramion, pośladków… Dlaczego aż tak się katuje? Jej osobisty trener Jonathan Goodair odpowiada krótko: „Bo chce”.

Chce kontynuować karierę, odnosić sukcesy jako artystka i bizneswoman, utrzymać tytuł królowej muzyki pop. Nie dokona tego, jeśli podczas 2-godzinnego tanecznego show dostanie zadyszki. Oczywiście mogłaby już dawno spocząć na laurach, ale ma to, czego brakuje większości ludzi: siłę woli, nazywaną dziś bardziej uczenie motywacją.

 

SUKCES  KOSZTUJE

Badania przeprowadzone przez psychologów z Uniwersytetu Stanforda wykazały, że tylko 5 proc., a więc jedna osoba na dwadzieścia, dotrzymuje składanych sobie przyrzeczeń. Nie ma znaczenia, czy chodzi o jogging, pozbycie się zbędnych kilogramów, rzucenie palenia czy lepszą organizację pracy. Końcowy efekt jest podobny – sukces odnoszą nieliczni. Pozostałym najlepiej wychodzi tłumaczenie powodów niepowodzenia. Od uniwersalnych winowajców, czyli złego rządu, układów i złodziei, przez których uczciwy człowiek do niczego nie może dojść, po banalne okoliczności zewnętrzne. Pobiegałbym, ale zimno i mokro; poćwiczyłbym, ale brakuje mi czasu; poczytałbym książkę, ale oczy zamykają mi się ze zmęczenia. Chociaż każda wymówka jest inna, wszystkie można sprowadzić do jednej: „Nie chce mi się”. Bo ten, któremu naprawdę na czymś zależy, nie szuka wykrętów, tylko stara się to zdobyć.

Michael Phelps miał już w dorobku sześć złotych medali olimpijskich. Nie był jednak rekordzistą wszech czasów, gdyż amerykański pływak Mark Spitz stawał na najwyższym podium podczas jednych igrzysk siedem razy. Phelps bardzo chciał ten rekord pobić.

Trenował na basenie dwa razy dziennie, przepływając po 10–12 kilometrów. Do tego zajęcia na siłowni i w sali gimnastycznej. W ciągu czterech lat między igrzyskami w Atenach i Pekinie opuścił… jeden dzień treningowy. Nie dlatego, że woda była za zimna, a on obudził się z ciężką głową po spotkaniu z kolegami. Wyrwano mu zęby mądrości i musiał odczekać dobę, by rany się choć trochę zabliźniły. W Pekinie Phelps zdobył osiem złotych medali (cała reprezentacja Polski trzy). Na igrzyskach w Londynie dorzucił kolejne cztery (nasza ekipa dwa). W sumie ma ich już 18!!!

Poziom motywacji Phelpsa to szczyty niedostępne dla przeciętnego człowieka. Ale z tego, że nie można wejść na Mount Everest, nie wynika, że poza zasięgiem pozostają również Rysy. Każdy ma jakąś górę do zdobycia, nie każdy próbuje się na nią wspiąć.

Jak zauważa Tony Robbins, autor motywacyjnych bestsellerów „Obudź w sobie olbrzyma” i „Nieograniczona moc”: „Wielu ludzi wie, co w życiu robić, ale niewielu robi to, co wie. (…) Nie wystarczy wiedzieć. Musisz podjąć działanie”.

I w tym tkwi problem, bo działanie wymaga wysiłku, do którego często trudno się zmusić. Na szczęście psychologowie już dawno odkryli, że siłę motywacji można zwiększyć. Wystarczy skorzystać z ich rad i zastosować kilka prostych tricków, by bardziej chciało się chcieć.