PORAŻENIE PRĄDEM: W MÓZG I W SERCE

Podczas przypadkowych porażeń, gdy do czynienia mamy z reguły z „domowym” prądem o niskim natężeniu, najpowszechniejszą przyczyną śmierci jest arytmia, prowadząca do zatrzymania akcji serca. „Utrata przytomności pojawia się po standardowych 10 sekundach” – mówi Richard Trohman, kardiolog z Rush University w Chicago. Przeprowadzone w Montrealu badania nad przypadkami śmierci w wyniku porażenia prądem wykazały, że prawdopodobnie 92 proc. ofiar zmarło właśnie wskutek arytmii.


Większe natężenia mogą wywołać niemal natychmiastową utratę przytomności. Krzesło elektryczne zostało zaprojektowane, by wywoływało szybką utratę świadomości i bezbolesną śmierć – krok naprzód w porównaniu z tradycyjnym wieszaniem – przepuszczając prąd elektryczny przez mózg i serce.

Jednak to, czy krzesło spełnia swą rolę, jest dyskusyjne. Biofizyk John Wikswo z Vanderbilt University w Nashville uważa, że grube kości czaszki stanowią izolator, który nie pozwala na przepłynięcie odpowiednio dużego prądu przez mózg, zaś skazani mogą w rzeczywistości umierać wskutek przegrzania mózgu albo uduszenia, wywołanego przez porażenie mięśni oddechowych – tak czy inaczej, nic przyjemnego.

UTONIĘCIE: WALKA O ODDECH

Ten rodzaj śmierci otoczony jest swego rodzaju romantycznym nimbem, ponieważ niezliczone bohaterki literackie właśnie w ten sposób odbierały sobie życie. W rzeczywistości uduszenie się w wodzie nie jest ani romantyczne, ani bezbolesne, choć może być zaskakująco szybkie.

Szybkość topienia się zależy od kilku czynników, w tym zdolności pływackich i temperatury. W klimacie umiarkowanym, gdzie wody z reguły są zimne, 55 proc. utonięć w otwartych zbiornikach ma miejsce w odległości najwyżej trzech metrów od bezpiecznej głębokości. „Dwie trzecie ofiar to dobrzy pływacy, a to wskazuje, że poważne kłopoty mogą zacząć się w ciągu kilku sekund” – uważa fizjolog Mike Tipton z University of Portsmouth. Gdy tonący pojmuje, że nie może utrzymać głowy ponad wodą, zaczyna panikować i wówczas dochodzi do klasycznej „walki na powierzchni”. Ofiara łapie oddech nad wodą i wstrzymuje go, gdy się pod nią zanurza, nie mogąc zawołać o pomoc. Jej ciało jest wyprostowane, a ręce wykonują słabe ruchy chwytania, tak jakby tonący wspinał się po nieistniejącej drabinie. Badania z udziałem nowojorskich ratowników w latach 50. i 60. XX w. wykazały, że to stadium trwa od 20 do 60 sekund.

Kiedy ofiara wreszcie się topi, jak najdłużej stara się wstrzymać oddech – z reguły od 30 do 90 sekund. Potem wdycha trochę wody, krztusi się, kaszle i wdycha kolejną porcję. Woda blokuje wymianę gazową w delikatnych tkankach płuc, a jej wdychanie dodatkowo sprawia, że drogi oddechowe zamykają się – to odruch zwany skurczem krtani. „Gdy woda wypełnia drogi oddechowe, w klatce piersiowej czuje się rozdzierający, palący ból. Potem przechodzi on w uczucie spokoju i ukojenia” – mówi Tipton, przytaczając opowieści odratowanych.