Idę jedną z ulic w centrum Filadelfii na wschodnim wybrzeżu USA. Pcham przed sobą wózek. Moja ubrana w ciemnoróżową bluzeczkę z falbankami i jasnoróżowe legginsy córka rozgląda się z ciekawością, uśmiecha się do przechodniów. Jeden z nich uśmiecha się do niej w odpowiedzi, po czym zwraca się do mnie z melodyjnym amerykańskim akcentem: „Córeczka czy synek?”. Wydawałoby się, że odpowiedź powinna być oczywista. Przecież jest i róż, i falbanki. Przechodzień chyba widzi moją konsternację, bo zaraz tłumaczy: „Teraz tylu rodziców specjalnie ubiera chłopców na różowo, a dziewczynki na niebiesko, żeby ich nie stygmatyzować, że nigdy nie wiadomo, kto jest kto”.

Moda na wychowanie bez różnicowania płci rośnie. W USA sklepy mają działy z ubrankami „gender neutral” (żadnych różów i falbanek, za to dużo żółci, czerwieni i zieleni). W Szwecji sieć sklepów Toys R Us w gwiazdkowym katalogu z zabawkami – w miejsce chłopca bawiącego się pistoletem umieściła dziewczynkę, a na stronie z Hello Kitty – chłopczyka. W Wielkiej Brytanii organizacja Pink Stinks piętnuje wszelkie przejawy stereotypizacji płciowej dzieci i promuje neutralne zabawki i ubranka. Są i przypadki ekstremalne takiego podejścia. W Wielkiej Brytanii pewna para przez pięć lat ukrywała płeć swojego dziecka przed otoczeniem i przed nim samym (jest to chłopiec), aby go nie krępować płciowymi stereotypami. Taka skrajność to jednak wyjątek.

Czy „neutralne” wychowywanie dzieci ma sens? A może dziewczynki mają wrodzone preferencje do koloru różowego i lalek, a chłopcy – pistolety i samochody w genach?

 

Ja, dziewczynka

 

Większość dzieci zaczyna rozumieć, że na świecie są i dziewczynki, i chłopcy około drugiego roku życia. W wieku trzech lat większość wie już, czy zalicza się do tych pierwszych, czy do drugich. A na piąte urodziny ma sporo wykształconych stereotypów dotyczących tego, co oznacza bycie kobietą lub mężczyzną. W tym wieku przedszkolaki opisują już dziewczynki, używając pojęć związanych z urodą, zaś chłopców, odnosząc się do ich charakteru. Choć niemowlaki bawią się chętnie tymi samymi grzechotkami niezależnie od płci, badania przeprowadzone w 2009 r. przez uczonych z New York University wykazały, że już po siedemnastym miesiącu życia preferencje zabawkowe zaczynają się wyraźnie różnicować – dziewczynki coraz częściej sięgają po lalki, a chłopcy po samochody. Czy to wrodzone? Możliwe, że do pewnego stopnia tak. Eksperymenty na myszach, szczurach i małpach sugerują, że część różnic w zachowaniu między dziewczynkami a chłopcami jest rzeczywiście wrodzona. Kiedy badacze z Emory University w Atlancie zaoferowali 34 młodym rezusom do wyboru albo samochody-zabawki, albo pluszaki, małpki płci męskiej preferowały pojazdy na kółkach, a te płci żeńskiej – misie. Do podobnych wniosków doszła Melissa Hines, profesor psychologii z University of Cambridge, która badała afrykańskie makaki. Hines uważa, że powodem takich różnic w zachowaniu młodych małp (i dzieci) jest to, że w brzuchu matki płody męskie są poddawane wpływowi większych ilości testosteronu, co odbija się na rozwoju ich mózgu.

Lise Eliot, profesor neurobiologii z Chicago Medical  School i autorka książki „Różowy mózg, niebieski mózg”, uważa jednak, że takie wrodzone różnice są nieznaczne i wywierają niewielki wpływ na zachowanie chłopców i dziewczynek w późniejszym dzieciństwie i w dorosłości. Znaczenie ma przede wszystkim środowisko, w którym się dorasta: rodzice, nauczyciele, telewizja, sklepy, sąsiedzi. I niestety, zdaniem profesor Eliot, stereotypizacja dzieci (dziewczynki bawią się lalkami, a chłopcy klockami itd.) nie wychodzi im na dobre.