EWA PĄGOWSKA: Co jest potrzebne, by zmieniać świat?

ANNA KSIĄŻEK: Chęć, by zrobić coś dobrego i ważnego. W projekcie „How to (ex)change the world”, mówiąc o światozmienianiu, nie mówimy o tym, by zmieniać od razu cały świat. To sprzeczne z naszą ideą. Nie do końca wierzę w moc globalnych liderów. Ważniejsze jest dokonywanie zmian w swoim otoczeniu. Wszyscy bardziej potrzebujemy, by każdy poświęcił godzinę w tygodniu czy miesiącu na rzecz lokalnego świata, niż kilku osób, które poświęcą na to całe życie. Dlatego nie definiujemy precyzyjnie słowa „światozmieniacz”. Chcemy, żeby każdy miał świadomość, że jest w stanie coś zrobić. Można uczyć
polskiego dzieci imigrantów, można pracować w domu starców, rozdawać jedzenie bezdomnym czy pomóc sąsiadce. Jeśli ktoś potrafi robić strony internetowe albo jest prawnikiem, może wykorzystać swoje umiejętności i wiedzę, by pomóc organizacjom, które działają na rzecz uchodźców czy chorych dzieci. Dla nich dwie godziny wsparcia takiego eksperta to dużo. Zresztą pomoc nie musi się wiązać z poświęcaniem swojego czasu. Jeśli ktoś pracuje w korporacji po 12 godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu, to taki zmęczony nie jest w stanie aktywnie pomagać innym. Może jednak np. za pośrednictwem serwisu Kiva pożyczyć 25 dolarów kobiecie, która mieszka w biednej prowincji Indii i zbiera na kupno krowy, by rozwinąć biznes oparty na sprzedaży mleka. Można też zmieniać świat przez zmianę swoich nawyków.

E.P.: Tak jak proponujecie na waszym fanpage’u na Facebooku w ramach akcji „one week challenge”?

A.K.: Tak. Chcemy co poniedziałek dawać ludziom wyzwanie, które pomoże im zmieniać świat. Tym razem jest to ograniczenie użycia plastiku. Chodzi o to, by przynajmniej podjąć próbę i zobaczyć, jak nam z tym jest. Akurat w tym przypadku ważny jest globalny kontekst – świadomość, w jaki sposób nasza rezygnacja, np. z torebek plastikowych, pomaga ratować środowisko – ale działanie jest lokalne. Nie musimy jechać na drugi koniec świata. Podróże nie są konieczne, chociaż rzeczywiście pomagają się obudzić, bywają silnym impulsem, bo co innego wiedzieć, że mamy problemy klimatyczne, a co innego zobaczyć, jak ocean umiera.

E.P.: Co jeszcze sprawia, że w ludziach rodzi się chęć zmieniania świata, działania na rzecz innych?

A.K.: Jeśli nie mają tego od dziecka, to zwykle impulsem jest wywrócenie się ich życia do góry nogami. To
nie musi być tragedia, czasem jest to np. utrata pracy.

E.P.: Powiedzmy, że taki człowiek dochodzi do wniosku, że chce się zaangażować w rozwiązanie jakiegoś społecznego problemu…

A.K.: …to ja bym proponowała, żeby się najpierw rozejrzał, czy nie istnieje już organizacja, która ten problem próbuje rozwiązać. Nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, dublować czyjejś pracy. Nie zawsze trzeba zaczynać samemu od początku, tworzyć własny projekt czy zakładać organizację. Można dołączyć do istniejącej. Ja wcześniej działałam w harcerstwie, pracowałam dla Ashoki i współpracowałam z Amnesty International.

E.P.: W zeszłym roku zdecydowaliście się wspólnie z Andreą Puccim na własny projekt. Postanowiliście ruszyć w podróż dookoła świata, by szukać światozmieniaczy.

A.K.: Dla mnie rzucenie się na głęboką wodę to bardzo dobra strategia. Warto jednak wcześniej wiedzieć, czego się samemu chce. Na warsztatach powtarzam słuchaczom, że punktem wyjścia do zmieniania świata zawsze powinnam być ja. Moje marzenia i wartości. Muszę wiedzieć, czego chcę od życia, nie za rok czy za dwa, tylko w ogóle. Dopiero gdy to odkryję, będę w stanie pomóc innym ludziom. To, co robimy dla nich, musi być w zgodzie z tym, co jest dla nas ważne osobiście.

Wytłumaczę ci to na swoim przykładzie. Kiedyś pracowałam w Ashoce – organizacji, z którą zresztą nadal współpracuję i którą do dziś podziwiam – rozwijałam fantastyczny pomysł, pracowałam ze wspaniałymi ludźmi, zmieniałam świat. Odeszłam jednak, bo czułam, że coś we mnie umiera. Okazało się, że nie mogę długo pracować w tym samym mieście. Roznosiło mnie. Zrozumiałam, że jestem nomadką, muszę być w ruchu, potrzebuję zmiany. Dlatego teraz najpierw wymyśliliśmy podróż dookoła świata, a dopiero później zaczęliśmy się zastanawiać, jak połączyć ją z pomaganiem innym. To przebudzenie trwało chwilę, ale dojście do niego było długim procesem. Miałam za sobą trudne lata, skończyłam szkołę coachingu, sama przeszłam dwa procesy coachingowe, brałam udział w różnych warsztatach. 

E.P.: Ale chyba nie warto zbyt długo czekać z rozpoczęciem działania, bo proces poznawania siebie nigdy się nie kończy?

A.K.: Oczywiście! Nie chodzi o to, by tak do końca wszystko sobie w głowie poukładać, a potem dopiero działać. Tego, co jest dla nas ważne, szuka się przez działanie. Jeśli więc pojawia się impuls, który sprawia, że chcemy zmieniać świat, pójdźmy za nim. Zacznijmy od małych kroków. Zajmijmy się tym, co jest naszą pasją albo tym, co nas wkurza. Ale tak naprawdę wkurza. Co z tego, że wiem, że zmiany klimatyczne są złe? To nie sprawia, że nie śpię po nocach, więc nie ma sensu, żebym się tym zajmowała, bo szybko stracę motywację. Co innego handel kobietami – gdy o nim słyszę, to mnie szlag trafia, więc temu mogłabym się poświęcić. Na warsztatach często słyszę pytanie: „Skąd mam wiedzieć, jaką mam pasję?”. No, w książkach tego nie wyczytamy. Trzeba próbować. Iść za tym, co nas ciekawi, kręci. Nawet jeśli ktoś zacznie pracować w schronisku dla psów, „bo te pieski takie słodkie”, to ten krok może coś w jego życiu zmienić. Stać się początkiem procesu, który pomoże mu się dowiedzieć, czego naprawdę chce.

E.P.: Na warsztatach mówicie też o konkretnych umiejętnościach, które potrzebne są światozmieniaczom.

A.K.: Tak. Według Ashoki ważna jest empatia, przywództwo, umiejętność współpracy, nastawienie na rozwiązywanie problemów, kreatywność i uważność. Po 124 rozmowach ze światozmieniaczami, które przeprowadziliśmy z Andreą podczas naszej podróży, dopisałabym jeszcze cierpliwość, umiejętność dokonywania głębokiej analizy sytuacji i uczenia się na własnych błędach. Dzięki tym umiejętnościom możemy uniknąć częstych błędów – nie będziemy np. rozwiązywać problemu, który
problemem nie jest.

E.P.: Nie rozumiem.

A.K.: Chodzi o sytuację, w której odpowiadamy nie na to, czego ludzie naprawdę potrzebują, tylko na to,
co według nas jest im potrzebne. W rezultacie np. organizujemy event, który ma pomóc jakiejś grupie, ale
nikt na niego nie przychodzi. Myślimy: „Głupi ludzie nie przyszli”. A czy my ich zapytaliśmy, czego potrzebują? Czy tylko wyobrażaliśmy sobie, czego nam by brakowało, gdybyśmy byli na ich miejscu? W Berlinie jest organizacja Wefugees, która spędziła tygodnie na rozmowach z uchodźcami, by dowiedzieć się, czego im potrzeba. Efektem było powstanie platformy internetowej, na której każdy może zadać pytanie np. o to, gdzie pójść do lekarza, i każdy może na to pytanie odpowiedzieć. Wszystko jest w języku angielskim, bo okazało się, że uchodźcy przede wszystkim potrzebują szybkiej odpowiedzi i zwykle grupują się po 15–20 osób, z których przynajmniej jedna zna angielski. Gdyby nie wcześniejsze z nimi rozmowy, pewnie każda informacja byłaby najpierw tłumaczona na wiele języków, co zajmowałoby
dużo czasu.

E.P.: I powstałaby platforma, która w rzeczywistości nie zaspokaja niczyich potrzeb.

A.K.: No właśnie. Zmienianie świata wymaga wielkiej odpowiedzialności. Bez uważności i empatii można wręcz zaszkodzić, nawet mając dobre intencje. Weźmy np. pomysł stworzenia szkoły wyłącznie dla dzieci z różnymi niepełnosprawnościami. Na pierwszy rzut oka może wydawać się świetny. Jeśli jednak lepiej poznamy sytuację, zrozumiemy, że jego realizacja byłaby błędem, bo doprowadziłaby do izolacji tych dzieci.

E.P.: W jakie jeszcze pułapki wpadają światozmieniacze?

A.K.: Zakochują się w swoim rozwiązaniu, zamiast zakochać się w problemie do rozwiązania. Często obserwujemy to na warsztatach. My pytamy uczestników o problem, którym chcą się zająć, a oni podają gotowe rozwiązanie. Tymczasem jeśli za szybko do niego przejdą, może się okazać, że ono zupełnie nie pasuje do rzeczywistości. Co innego jeśli skupią się na problemie, dadzą sobie czas, by go poznać, porozmawiają z ludźmi, których on dotyczy. Wtedy, nawet jeśli pierwszy pomysł okaże się nieudany, nie zrezygnują, tylko będą szukać dalej. Jak przedsiębiorstwo społeczne Donkey Bakery z Hanoi, które chciało zatrudniać osoby niesłyszące i niewidome. Zaczęli od produkcji pączków, potem piekli chleb, robili kanapki, założyli kawiarnię, ale każde kolejne przedsięwzięcie kończyło się klapą. W końcu ktoś zaproponował: „A może byście robili obiady dla szkół?”. Nie mieli o tym pojęcia, ale stwierdzili, że mogą
spróbować. I to był sukces. Nie osiągnęliby go, gdyby zakochali się w pierwszym rozwiązaniu. Skupiając się na celu, trzeba pamiętać, że mogą do niego prowadzić różne drogi. Jeśli nie będę próbować, jeśli nie otworzę się na różne pomysły, to do niego nie dojdę. To jest trudne, bo do głosu dochodzi też nasze ego. Trudno mu zaakceptować, że to, co wymyśliliśmy, nie działa.