W większości wypadków generał Rowecki przesuwał niepożądanych według Sikorskiego oficerów na inne stanowiska lub nie informował przez dłuższy czas „centrali” o ich rzeczywistych funkcjach w sztabie ZWZ. W ten sposób zachował w Komendzie Głównej kadrę, którą – jak sam to określił – „z takim trudem zebrał generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz” (szef Służby Zwycięstwu Polsce, poprzedniczki ZWZ). Trzeba tutaj zaznaczyć, że miał w tym sojusznika w osobie generała Kazimierza Sosnkowskiego (komendanta głównego ZWZ), który bronił Roweckiego przed zarzutami, iż „umacnia w ZWZ sanację”. Jednak niedługo zaufanie, jakim darzył Rowecki Albrechta, zostało wystawione na ciężką próbę.

Pułkownik Janusz Albrecht wpadł w ręce gestapo w Warszawie 7 lipca 1941 roku. Do aresztowania doszło u zbiegu ulicy Koszykowej z aleją Niepodległości, gdy „Wojciech” zdążał do swego konspiracyjnego mieszkania przy ulicy 3 Maja 2/74. Był tam zameldowany jako nauczyciel muzyki Marian Jankowski. W ręce Niemców wydał go jego były podwładny – dowódca szwadronu pionierów w 1. Pułku Szwoleżerów rotmistrz Przemysław Deżakowski. Dostał za to od Niemców 50 tysięcy zł. Deżakowski za ten czyn został przez Wojskowy Sąd Specjalny przy Komendzie Sił Zbrojnych w Kraju skazany 4 marca 1942 roku na karę śmierci, a wyrok wykonano 5 maja 1944 roku. Egzekucja odbiła się w podziemiu szerokim echem.

Po aresztowaniu Albrecht został wywieziony do siedziby gestapo w Kielcach, gdzie poddano go brutalnemu śledztwu. Katowany, gdy zorientował się, że oprawcy nie znają jego funkcji w konspiracji, nie przyznał się do działalności w ZWZ. Jednak Niemcy dzięki agenturze wokół Komendy Głównej ZWZ dowiedzieli się, z kim mają do czynienia. Zaprzestali tortur i zmienili ekipę śledczą, która rozpoczęła z Albrechtem „rozmowy polityczne”. Zaproponowali mu ni mniej ni więcej, że w zamian za zaprzestanie osłabiania III Rzeszy przez ruch oporu w jej walce z Rosją Sowiecką Niemcy zaniechają represji wobec Polaków. Dali też do zrozumienia, że walcząc z oboma potężnymi sąsiadami, Polacy nie odzyskają niepodległości. Jednocześnie zapewnili, że gestapo ma rozszyfrowane podziemie.

Rzeczywiście, Albrecht był pod wrażeniem informacji, jakie Niemcy zebrali na temat polskiej konspiracji, i jak mówił później swej łączniczce Halinie Zakrzewskiej: „[…] oni wszystko wiedzą […] rozszyfrowana jest nie tylko prawie cała Komenda Główna, ale większość obsad okręgów. Nie mają tylko do nas dojścia”.

Mimo ciężkiego i przemyślnego śledztwa gestapowcy od samego Albrechta nie wyciągnęli na tyle istotnych informacji na temat celów i struktury ZWZ, by można było określać je mianem zdrady. Na przykład Niemcy nie poznali planów wymierzonego przeciw nim powstania, w których tworzenie Albrecht był bezpośrednio zaangażowany. Także w sprawach personalnych kluczył, chociaż nie mógł wyprzeć się znajomości dat i nazwisk wszystkich osób, o które był pytany (z przedwojennymi „Rocznikami oficerskimi” w ręku). Natomiast pułkownik Albrecht uwierzył, że zaniechanie walki z Niemcami może w dalszej perspektywie przynieść Polsce korzyści. Zaważyły tutaj też legionowe doświadczenia z pierwszej wojny światowej – „czasowa kolaboracja” z państwami centralnymi, która pozwoliła Piłsudskiemu stworzyć polskie oddziały zbrojne.

Albrecht uważał, że pozorne zawieszenie broni z Niemcami spowoduje, że ustaną prześladowania społeczeństwa polskiego, zlikwidowane zostaną obozy zagłady i nastąpi scalenie kraju – terenów pod okupacją niemiecką i sowiecką. Albrecht po rozmowach z „ekipą wyższych wojskowych z Berlina” był zupełnie przekonany do swych koncepcji militarno-politycznych i zobowiązał się wobec Niemców „oficerskim słowem honoru”, że omawiane plany przedstawi komendantowi głównemu ZWZ i że w razie jego zgody „doprowadzi do spotkania partnerów w okolicach Falenicy”. Na wypadek odmowy zgłosi się sam 12 września 1941 roku w oko-licach wspomnianej Falenicy. Niemcy ze swej strony zobowiązali się nie śledzić go i zapewnić mu miejsce w oflagu do końca wojny.

Z KATOWNI DO NIEBEZPIECZNEJ GRY

Pułkownik Janusz Albrecht wyszedł na wolność 27 sierpnia 1941 roku i rzeczywiście nieeskortowany i nieśledzony wrócił pociągiem z Kielc do Warszawy. Najpierw udał się do mieszkania łączniczki Haliny Zakrzewskiej (wtedy jeszcze Grudzińskiej) mieszkającej przy alei Niepodległości 163. Albrecht na wstępie uspokoił przerażoną kobietę, że nikt go nie śledzi i że wyjaśni jej to przy następnym spotkaniu. Jednocześnie zapewnił, że odtąd będzie mieszkał pod własnym nazwiskiem z żoną Marią w swoim domu przy Noakowskiego 20. Na pożegnanie Albrecht powiedział swojej podwładnej: „Potrzebuję kontaktu »Jana« (ówczesny pseudonim Roweckiego) i Pani mi to załatwi”.

Zakrzewska, sądząc, że śladem Albrechta podąża gestapo, jeszcze tego samego dnia powiadomiła o wszystkim szefa kontrwywiadu Bernarda Zakrzewskiego „Oskara”. Ten rozkazał objąć obserwacją mieszkanie jej, Albrechta, Matusewicza (współpracownika Albrechta) i Pola Mokotowskie, gdzie Albrecht umówił się z Zakrzewską na następne spotkanie. Wywiadowcy stwierdzili, że istotnie „Wojciech” nie jest przez nikogo śledzony. Po spotkaniu na Polach Mokotowskich Zakrzewska przekazała treść rozmowy „Oskarowi” i jednocześnie podjęła próbę dostania się do Roweckiego, aby osobiście przedstawić mu prośbę Albrechta o spotkanie.