Od połowy lat 30. Cesarstwo prowadziło politykę przyjazną Żydom. Podczas gdy większość podbitych przez Japończyków ludów była sprowadzana prawie do poziomu niewolników, starozakonni cieszyli się opieką zarówno ze strony japońskiego rządu, armii, jak i marynarki. W kręgach imperialnej władzy snuto nawet plany powołania uzależnionego od Japonii żydowskiego dystryktu na Dalekim Wschodzie. Dobroć wobec wyznawców judaizmu nie była jednak bezinteresowna. Wręcz przeciwnie – Japończycy, którzy na poważnie wzięli hasło: „Żydzi rządzą światem”, liczyli, że taka polityka przyniesie im znaczne profity. Według części badaczy japońskie władze realizowały w latach 1934––1940 tajny plan, który jeden z opisujących to zagadnienie historyków określił mianem „planu Fugu”. Osiedlający się na okupowanych przez Kraj Kwitnącej Wiśni ziemiach starozakonni mieli ściągnąć tu grube miliony dolarów od krewnych z Ameryki i za pośrednictwem żydowskich bankierów z Nowego Jorku wpłynąć na politykę USA względem Japonii. Nic z tych utopijnych projektów co prawda nie wyszło, ale fakt, że Japończyków zaślepiły popularne stereotypy, uratował życie kilkudziesięciu tysiącom ludzi.

WRÓG ROSJI JEST MOIM PRZYJACIELEM

Pierwsi Żydzi pojawili się w Japonii w połowie XIX wieku [czytaj: Diaspora na Dalekim Wschodzie]. Przybyli wraz z innymi specjalistami w epoce Meiji (1868–1912), gdy Kraj Kwitnącej Wiśni modernizował się na potęgę, starając się dogonić resztę świata. Jeden z nich, wybitny prawnik Albert Mosse, pomógł nawet stworzyć japońską konstytucję z 1889 roku. W tym okresie na Wyspach pojawił się jednak też antysemityzm związany z przetłumaczeniem na język Krainy Wschodzącego Słońca „Kupca weneckiego” Williama Szekspira. Oglądający perypetie złowrogiego żydowskiego kupca Shylocka japońscy widzowie wychodzili z teatrów głęboko zniesmaczeni jego zachowaniem, które siało w ich umysłach ziarno uprzedzeń. Na szczęście dla Izraelitów robiący wówczas karierę w Europie prąd umysłowy – mający w perspektywie kilkudziesięciu lat doprowadzić do Holokaustu – nie przyjął się na Dalekim Wschodzie. Japończycy uważali, że wyznawcy judaizmu są ludźmi obrotnymi i wpływowymi. Dużą rolę w budowie tego obrazu odegrał Jacob Henry Schiff, bogaty amerykański bankier i szef domu inwestycyjnego Kuhn, Loeb and Company.

Schiff przez lata prowadził prywatną krucjatę przeciwko słynącej z antysemickich ekscesów carskiej Rosji. Gdy w roku 1904 w Mandżurii zaczęło robić się gorąco i dla wszystkich obserwatorów stało się jasne, że lada chwila Rosja i Japonia rzucą się sobie do gardeł, żydowski multimilioner zdecydował się dopomóc Krajowi Kwitnącej Wiśni w przygotowaniach do wojny. Dzięki jego poręczeniu europejskie i amerykańskie instytucje finansowe udzieliły Japończykom kredytów na oszołamiającą sumę 200 milionów dolarów.

Pieniądze pomogły Japończykom zwyciężyć nad znienawidzonym przez Żydów caratem. Schiff został uhonorowany Orderem Wschodzącego Słońca. Najprawdopodobniej dla odznaczonego bankiera największą nagrodę stanowiło jednak ukaranie Rosji za antysemickie pogromy. Nie dożył już momentu (zm. w 1920 r.), gdy pamięć o jego pomocy sprawiła, że ojczyzna samurajów stała się schronieniem dla uciekających przed nazistowskimi prześladowaniami Żydów. W japońskich oczach każdy wyznawca religii mojżeszowej miał być bowiem od tej pory krewniakiem Schiffa, a co za tym idzie człowiekiem, z którym lepiej dobrze żyć. Japonia potrzebowała wpływowych przyjaciół zwłaszcza w latach 30., gdy ze względu na agresywną politykę zagraniczną stała się pariasem społeczności międzynarodowej. 

DIASPORA NA DALEKIM WSCHODZIE

Żydzi od dawna stanowili część barwnej wieloetnicznej mozaiki Dalekiego Wschodu. Najstarsze ślady funkcjonowania ich gmin w Chinach pochodzą z VIII wieku z czasów panowania kosmopolitycznej dynastii Tang. Wyznawcy religii mojżeszowej bez przeszkód prowadzili interesy w Państwie Środka, a kładziony przez nich nacisk na kształcenie pozwolił im doskonale odnaleźć się w owładniętym manią ciągłej nauki społeczeństwie chińskim. Ci spośród Żydów, którzy osiedlili się w którejś z metropolii Cesarstwa, jak choćby w Kaifengu, szybko integrowali się z miejscowymi. Chińczycy rychło zaczęli ich uważać za uczonych mężów, co sprawiało, że stawali się atrakcyjnymi partiami na rynku matrymonialnym. W efekcie w ciągu kilku pokoleń ich potomkowie całkowicie tracili semickie rysy i upodabniali się do Chińczyków we wszystkim oprócz religii.

Inaczej wyglądała sytuacja na Wyspach Japońskich. Dobrowolna izolacja, w którą Kraj Kwitnącej Wiśni popadał co jakiś czas, połączona z pustoszącymi go wojnami domowymi, sprawiała, że nie stanowił atrakcyjnego celu dla przybywających na Daleki Wschód Izraelitów. Krótko po przypłynięciu do Japonii św. Franciszek Ksawery donosił w listach  przełożonym, że na miejscu w ogóle nie ma Żydów. Kiedy zaś kilkadziesiąt lat po odwiedzinach wybitnego jezuity szogunat Tokugawa prawie całkowicie zerwał więzi ze światem zewnętrznym, skutecznie zablokował tym samym możliwość pojawienia się w Cesarstwie jakichkolwiek cudzoziemców, z wyjątkiem przebywających w Nagasaki Holendrów i Chińczyków oraz Koreańczyków.