MARCHEWKA I KIJEK

Podczas gdy w drugiej połowie lat 30. japońscy oficjele dumali nad tym, co począć z zamieszkującymi Mandżurię oraz okupowane przez Cesarstwo chińskie terytoria starozakonnymi, sytuacja Żydów w Europie stawała się coraz gorsza. III Rzesza pochłaniała kolejne ziemie, a Izraelici z dnia na dzień sprowadzani byli do rangi podludzi. Co bardziej przewidujący i obrotni z nich zaczęli szukać ratunku w ucieczce, najlepiej jak najdalej od Hitlera. Azja Wschodnia wydawała się idealnym celem ewakuacji. W efekcie na kontrolowane przez Japończyków obszary zaczęli napływać uchodźcy z Europy, którzy dostawali się do japońskiej strefy wpływów Koleją Transsyberyjską bądź zawijającymi do chińskich portów statkami.

Pojawienie się tych często pozbawionych środków do życia rozbitków stawiało Japonię w kłopotliwym położeniu. Z jednej strony Kraj Wschodzącego Słońca ciążył ku nazistowskim Niemcom, czyli państwu, spod którego władzy uchodzili zbiegowie, z drugiej japoński rząd bardzo chciał zachować jak najlepsze stosunki z Żydami. Powód był prosty – od roku 1937 Kraina Kwitnącej Wiśni znajdowała się w stanie wojny z Chinami. Japońska inwazja na Państwo Środka spotkała się z międzynarodowym potępieniem, a USA nałożyło na agresora embargo na szereg towarów o znaczeniu strategicznym. Wówczas politycy z Tokio przypomnieli sobie o wpływie, jaki rzekomo miała mieć żydowska finansjera na amerykański rząd. Potomkowie samurajów postanowili zatem dobrze traktować napływających Żydów, wierząc, że dzięki temu ich zamieszkali w Ameryce krewniacy będą lobbować na rzecz Japonii. Poza tym udzielenie azylu uciekającym Izraelitom mogło podreperować mocno już nadszarpnięty wizerunek Cesarstwa na arenie światowej.

Ostatecznie MSZ zdecydowało się na prowadzenie dwutorowej polityki wobec wyznawców judaizmu. Przybywający na Daleki Wschód Żydzi mogli liczyć na przyjazne przyjęcie, ale urzędnikom konsulatów w Europie nakazano jak najbardziej zniechęcać tamtejszych Izraelitów do podejmowania takich podróży. Mimo to w drugiej połowie lat 30. w Japonii żyło już 20 tys. Żydów. Równocześnie władze Cesarstwa zdecydowały, że nie będą na własną rękę sprowadzać wyznawców prawa mojżeszowego do swej ojczyzny. Wyjątek uczyniono tylko wobec techników i finansistów. Mimo to exodus starozakonnych do dalekowschodniej ziemi obiecanej trwał w najlepsze. Na miejscu uchodźcy witani byli przez mieszkających tu już pobratymców.

Jednym z głównych celów żydowskiej migracji stał się Szanghaj. Równocześnie jednak bogaci Żydzi z tej metropolii z niepokojem obserwowali napływ do ich miasta ubogich Izraelitów z Europy. Obawiali się, że nagły wzrost liczby Żydów w „Paryżu Wschodu” może spowodować antysemickie sentymenty wśród zamieszkującej go ludności. Z tego też powodu przywódca szanghajskiej gminy multimilioner sir Victor Sassoon zwrócił się do władz japońskich z prośbą o wprowadzenie limitów dla imigrantów.

Tymczasem rząd Japonii wpadł na nowy, cokolwiek szalony pomysł. Mianowicie w głowach decydentów Kraju Kwitnącej Wiśni zrodził się pomysł utworzenia w północnych Chinach bądź w Mandżurii specjalnego dystryktu żydowskiego! Schronienie mogłoby w nim znaleźć około 30 tys. uchodźców z Europy. Pytanie, kto miałby zapłacić za realizację tego projektu? Odpowiedź była prosta – zamożni amerykańscy Żydzi! Rozpoczęło się ostrożne sondowanie środowisk żydowskich w USA. Plan spalił jednak na panewce ze względu na protesty ze strony armii i marynarki, które uznały, że plan ten ingeruje w ich obszary wpływów.

JAPOŃSKIE ZALOTY

Tymczasem japońska maszyna wojenna siłą rozpędu gnała coraz szybciej i dalej. Podjęte przez Amerykanów próby zatrzymania jej za pomocą sankcji pogarszały tylko sprawę. Tokio pozbawione możliwości pokojowego pozyskania niezbędnych mu surowców zdobywało je siłą w Chinach. W tej sytuacji coraz bardziej realna stawała się groźba wojny pomiędzy Japonią a USA. Chcąc jej uniknąć, Kraina Wschodzącego Słońca trzymając się wiary w żydowską wszechmoc nadal prowadziła łagodną politykę wobec przyjeżdżających na Daleki Wschód starozakonnych. Liczba tych ostatnich jednak malała z każdym dniem II wojny światowej. A ich krewniacy w Stanach jakoś wciąż nie zamierzali lobbować na rzecz Japonii. Mimo to Japończycy w dalszym ciągu ,,zalecali się” do Izraelitów, o czym świadczy sprawa pewnego programu radiowego, który doprowadził akredytowanych przy japońskim rządzie niemieckich dyplomatów do białej gorączki.