Jestem po pięćdziesiątce i większość życia spędziłam, uprawiając sport. Ciągły ruch sprawił, że mam energię 16-latki i wagę taką samą jak przed laty. Moi współpracownicy często mówią: „Bojarska, wyłącz w końcu tę baterię”. A ja, jak nakręcona, ciągle chcę coś robić.

Wciąż pamiętam uwagi moich koleżanek dziennikarek – nie tylko 20 lat temu – kiedy na pytanie, co dzisiaj robiłam, odpowiadałam niezmiennie: byłam na treningu. Dziewczyny wówczas patrzyły na mnie jak na jakieś dziwadło. „Ileż można ćwiczyć?” – słyszałam. Albo gorzej: „Masz świra na punkcie ruchu?”.

Jedna z tych pań miała wówczas 40 lat i przepiękne ciało, które eksponowała w mini i mówiła: „Zobacz, ja nic nie robię, mam wszystko w genach, zero cellulitu!”.

Odpowiadałam jej, że po pięćdziesiątce skóra staje się coraz „rzadsza”, traci elastyczność, niećwiczone ciało może łatwo zamienić się w galaretę. Kto jednak myśli racjonalnie, gdy wszystko jest w porządku?

Minęło kilka lat i ta sama pani przyznała mi rację – jej ciało zaczęło gwałtownie się zmieniać, kondycja „padła” z dnia na dzień. Z kolei druga znajoma wylądowała na rehabilitacji z powodu tragicznych bólów (nie tylko kręgosłupa) spowodowanych bezruchem i tzw. siedzącą pracą.

Takich przykładów mogę podać dziesiątki – garbate plecy, starczy chód zamiast energicznego kroku; wszystko to postarza, wywołuje bóle. Dlatego nie ma co udawać, że jest inaczej – ćwiczenia są najważniejsze w życiu. Pozwalają na utrzymanie stałej wagi, wzmocnione mięśnie brzucha i grzbietu sprawiają, że nasza sylwetka wygląda młodziej, chód jest sprężysty, energiczny. Regularny trening poprawia krążenie, wzmacnia serce, płuca i odporność organizmu. Pomaga w zwalczaniu wielu dolegliwości. To istotne, bo kiedy zachorujemy, ale mamy mocny organizm, łatwiej wracamy do dobrej formy – nie tylko psychicznej, ale i fizycznej.

Podczas jednego z moich pobytów na kongresach fitnessowych w USA wręczano nagrody Iron Mana. Otrzymał ją m.in. młody chłopak z Ameryki – kolarz, który miał ciężki wypadek samochodowy, przeszedł śmierć kliniczną. Nikt nie dawał mu szansy na przeżycie. Potem, gdy jednak przeżył, wróżono mu życie na wózku inwalidzkim. Jednak siła, jaką dał mu sport, sprawiła, że krok po kroku wrócił do zdrowia i podczas gali wszedł na scenę na własnych nogach! Teraz pracuje jako ceniony rehabilitant.

Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z roli, jaką w naszym życiu odgrywa sport i właściwe żywienie. Także w Ameryce, uważanej przez wielu za kraj ludzi otyłych, trwa mentalna rewolucja. Gdy idziesz do restauracji na swojego ukochanego hamburgera, na ścianie znajdziesz tablicę informującą cię o kaloriach, o które „wzbogacisz” swój organizm. Kiedy uświadomisz sobie, że ta przyjemność to grubo ponad tysiąc kalorii, zastanowisz się, czy skórka jest warta wyprawki. Nie mam nic przeciwko temu, aby tabele kaloryczne zawisły także w naszych polskich restauracjach.