Efektowne sceny wybuchów, nieoczekiwane zwroty akcji, brawurowe popisy kaskaderskie. Tak w skrócie można określić amerykańskie kino wojenne lat 60. Cieszące się ogromną popularnością obrazy pokroju „Dział Navarony”, „Parszywej dwunastki” czy „Tylko dla orłów” oferowały widzom ekscytującą podróż w czasy II wojny światowej okraszoną dużą dawką czarnego humoru i scen rodem z filmów o agencie 007. Wszystko zmieniła wojna w Wietnamie. Od początku lat 70. amerykański przemysł kinematograficzny z rezerwą podchodził do tematyki wojennej. Wietnam sprawił, że wojna stała się czymś niepożądanym. Konflikt w dalekiej Azji, pozbawiony jasnych celów, przepełniony brutalnością oraz chaosem, budził strach i złe odczucia zarówno wśród ludzi kina, jak i amerykańskiego społeczeństwa. Dopiero w końcu lat 70., kiedy wietnamskie rany powoli zaczęły się zabliźniać, w kinach zagościły produkcje, które bez owijania w bawełnę pokazywały azjatyckie piekło. To właśnie w tym okresie premierę miały „Łowca jeleni” Michaela Cimino oraz „Czas apokalipsy” Francisa Forda Coppoli. Amerykanie potrzebowali jednak mocniejszego filmowego antidotum na wietnamską traumę. Zapewniły je im dwie osoby. Po pierwsze były hollywoodzki aktor Ronald Reagan, który został przywódcą republikanów i prezydentem USA. Po drugie – pewien emerytowany pułkownik Zielonych Beretów. Nazywał się James „Bo” Gritz i był wielkim orędownikiem tezy, że na terytorium Azji Południowo-Wschodniej wciąż przebywa spora liczba amerykańskich jeńców, czekających na uwolnienie.

REAGAN I WIETNAMSKA REKOMPENSATA

Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w 1980 r. Reagan stworzył doktrynę polityczną skupiającą się na bezpardonowej walce z systemem komunistycznym. Wywarła ogromny wpływ także na amerykański przemysł filmowy. Działania republikanów miały za zadanie zapełnienie kultury popularnej treściami propagandowymi, zwracającymi uwagę na niebezpieczeństwo ze strony Imperium Zła (takim mianem Reagan określił ZSRR) oraz zapewnienie „rekompensaty” za klęskę poniesioną w Wietnamie. Widzowie mieli ujrzeć na srebrnym ekranie herosów, którzy wyłaniają się z wojennego chaosu – pełnego kłamstw, obłudy i zdrady w wydaniu polityków. Bohaterowie ci ruszają do ostatecznej walki ze śmiertelnym wrogiem: żołnierzami Vietcongu wspieranymi oczywiście przez ZSRR. A ruszają do akcji, aby ratować swych kolegów, wciąż więzionych w obozach jenieckich.

Kwestia amerykańskich żołnierzy zaginionych w akcji w Wietnamie faktycznie budziła w USA wiele burzliwych dyskusji. Nic dziwnego, w grę wchodziło nawet 1300 wojskowych! Prezydent Reagan postanowił osobiście zaangażować się w rozwiązanie tego problemu. Waszyngton podjął tajne działania mające na celu rozpoznanie sytuacji. Z polecenia prezydenta JCOS (Połączone Dowództwo Sił Specjalnych) rozpoczęło pracę nad projektem sekretnej misji ratunkowej na terenie Azji: w Wietnamie oraz w sprzymierzonym z wietnamskimi komunistami Laosie.

Od końca lat 70. amerykańskie służby wywiadowcze utrzymywały kontakt z tajemniczym informatorem  o kryptonimie W/1. Jego raporty wskazywały na istnienie obozu jeniec-kiego w okolicy Nhom Marot w laotańskiej prowincji Khammouan. W/1 utrzymywał, że Laotańczycy przetrzymują w nim grupę 30 amerykańskich lotników, zestrzelonych podczas wojny wietnamskiej.

ZAGUBIENI W DŻUNGLI

Otrzymywane przez CIA dane wzbudziły zainteresowanie Pentagonu. Okolice Nhom Marot przez 24 godziny na dobę obserwował amerykański satelita. Wykonane zdjęcia potwierdzały istnienie obozu, który nazwano „Fort Apache” i na którego terenie zanotowano spory ruch. Także źródła tajskiego wywiadu donosiły o funkcjonowaniu takiej placówki. Dla Pentagonu te informacje były wystarczającym impulsem, aby rozpocząć przygotowania do operacji „Pocket Change” – ściśle tajnego projektu, który miał okazać się jedyną profesjonalną próbą odbicia amerykańskich jeńców przetrzymywanych w obozach jenieckich na terenie Azji Południowo-Wschodniej.

ZAGINIENI W WIETNAMIE

Wraz z zakończeniem działań zbrojnych w Wietnamie Waszyngton uznał 1882 członków personelu wojskowego za zaginionych w akcji lub w niewyjaśnionych okolicznościach. Oficjalnie jednak żadna z tych osób nie została zaliczona do grona jeńców wojennych. W 1973 roku po podpisaniu porozumień pokojowych w Paryżu, Wietnam Północny zobowiązał się do uwolnienia wszystkich amerykańskich żołnierzy przebywających w obozach. Pomiędzy lutym a marcem 1973 r. do USA wróciło 591 członków armii. Prezydent Nixon z satysfakcją poinformował opinię publiczną, że wszyscy jeńcy znajdujący się w wietnamskich obozach wrócili do kraju. Według wielu osób związanych z organizacjami POW (Prisoner of War) oraz MIA (Missing in Action) sprawa w dalszym ciągu budziła kontrowersje. Niewiadomą pozostawał los blisko 1300 Amerykanów, którzy znajdowali się w rejestrze zaginionych w akcji. 

Zgodnie z założeniem miała to być operacja powietrznodesantowa przeprowadzona przez elitarną jednostkę Delta Force. Na potrzeby akcji w bazie tej formacji w Fort Bragg wykonano makietę „Fort Apache” w skali 1:1, aby komandosi mogli jak najlepiej przygotować się do działania.